Tuesday, November 14, 2023

Jesienna Miłość

Jesienna Miłość


Gdy zakochanych pragnie zmoczyć

Marznący deszcz listopadowy

Bo się spotkają wieczorem w parku

Kiedy im krople kapią na głowy

A czas zimowy krąży w zegarku

Ławki jak statki w kałużach płyną

Krople schwytane w stożki świetliste

Z deszczu latarnie gwiazdy malują

Nawet w noc chmurną, nieprzejrzystą

Dla nich gwiaździste szlaki nad głową

Martwymi liśćmi wiatr zagra w wista

Przytulą ciemne ich zakamarki

Gdzie nie zagląda światło latarki

Tam ich nie złowi zazdrosne oko

Księżyca nie ma, chmury wysoko

Deszcz przegnał ludzi, uziemił ptaki

Krople spływają w dół po językach

I kapią zimnem za kołnierzyki

Marzną na wietrze śliny strumyki

Dłonie macają kurtek suwaki

Nieznośnie prędkie, manierą głodną

Czasem przyświecić trzeba komórką

Czułość namiętną ma być, nie godną

Poumierały letnie świetliki

Co blady ogień dają kochankom

W oczach i tak im tańczą ogniki

I nie potrzeba świerszczy muzyki

Na ławce kurtka wystarczy nadto

Noc ich przykryje czarnym płaszczem

Drżących, wtulonych w siebie na ławce


Stanisław Miłkowski 

Warszawa 22.03.2024

Noże, Żyletki, Igły l Miłość

Noże, Żyletki Igły i Miłość

Nic tak mnie mocno nie zraniło
Noże, żyletki, igły i miłość
Nic tak okropnie nie bolało
Ogień, kwas i twa zdrada mała
Słodyczy nigdy nie było tyle
Co ust przyniosły twoich motyle
Albo nie było tyle radości
Niż gdy krzyczałaś z namiętności
Nie usypiałem nigdy tak słodko
Co pod Twym kocem, patrząc w okno
Nie miałem takiej też kondycji
Jak uciekając z tobą policji
Niczego mocniej się nie boję
Niż, że zapomnę oczy Twoje
Nigdy nie czułem tak że żyję
Jak gdy rzucałaś mi się na szyję
Raz się dla Ciebie pociąłem nożem
Nieraz latałem z tobą jak orzeł
Drażniłaś często, jakby mucha
Mięciutka byłaś, z pierza poducha
Uparta niczym beton zbrojony
Tak wygadana jak ksiądz z ambony
Święta bywałaś, Panna Maryja
I potrafiłaś pięścią dać w ryja
Naiwna jakby mała dziewczynka
Kaczka Dziwaczka, Gąska Balbinka
Do ucha sprośne świństwa szeptałaś 
Z głową na piersi mi zasypiałaś 
I serenady długie chrapałaś 
Ja wtedy noce całe czuwałem
Ciebie obudzić przecież nie chciałem
Nie chciałem spłoszyć niebacznym ruchem
Włosy gładziłem tylko za uchem
Rankiem wstawałem niewyspany
Dumny z wieczoru, szczęściem pijany
I przemywałem zmęczone oczy
I okrywałem Ciebie w kocyk
Telefon dzwonił w dzień co godzinę
W pracy robiłem debilną minę
Boże, to znowu ona dzwoni!
I przyciskałem smartfon do skroni
I irytację chowałem w dłoni
Teraz aparat milczy stale
Ja milczę patrząc na deszczu fale
I widzę w każdej Cię wody kropli
I moknąć lubię siedząc na oknie
I czasem myślę o skoku w dół
I tak złamany jestem na pół
Nic mnie tak nigdy nie zraniło
Noże, żyletki, igły i miłość

To tylko jesień

To Tylko Jesień
Zmarzły gołębie listopadowe
Wodnik się w deszczu utopił właśnie
Na sinych chmurach wiatr gra sonaty
Dzień nie ma jeszcze nawet połowy
Na horyzoncie słońce już gaśnie
Bledziutkie słońce i twarze blade
Asfalt błyszczący, z diamentów diadem
Co zdobi szyby i okulary
Elektroniczne płaczą zegary
Smutne że rok jest już taki stary
Że brak jest światła, że życie gaśnie
Smutne bo smętną wiatr gra muzykę
Kłóci się głośno z moim czajnikiem
Rok dalej siwą zapuszcza brodę
Pogoda czystą mówi liryką
Mrocznym wieczorem okna złociste
Gdzieś wypatrują swych gospodarzy
Zimne poranki malują szronem
Szybom obrazy ze snów i marzeń
Ze snów o trawie w słońcu zielonej
Mokrych i słonych całusach morza
O plaży żółtej w promieniach słońca
Co parzy plecy namiętnej parze
Słodkim zapachu z pomarańczy
Na kuchni imbryk na parze tańczy
Deszcz zmywa szare z szyb bohomazy
Jesienny pijak w jesiennym barze
Wódka rumieńcem ozdabia twarze
Łza deszczu spływa po okularze
To tylko jesień się znowu zdarzy

Saturday, November 11, 2023

Rankiem

Rankiem

Ranek piątkę zbija z kacem
Blade i spocone czoło
Pełznę na rzęsach do pracy
Chce się rzygać, niewesoło
Zaspy za oknem tramwaju
Płatki śniegu w dół spadają
Blade ćmy w świetle latarni
W miękkim świetle męty płyną
W dół spływają w snopach światła
A łzy płyną za dziewczyną
Czarne błoto z pod kół pryska
Marzną ręce, czas umyka
Tańczą gasnąc zimne gwiazdy
Mlekiem kapie galaktyka
Tną podkłady śnieżne zaspy
Kół stalowych zegar tyka
Tu sekundy idą w metry
W niebie marznie galaktyka
Obrót kół odmierza metry
Po stalowych stuka torach
Szumi wódka cicho w żyłach
Wartko suną semafory
Siny smog, kołderka z sadzy
Grzeje zamarznięte miasto
Czarne palce hen kominów
Z których brudny dym wyrasta
Czarna dłoń i rękawiczka
Czarne ptaki, myśli czarne
Czarny trop na sinym śniegu
Na kartce litery czarne
Krok za krokiem ziemię mierzę
Ślady swoje żegnam wzrokiem
Zimny lód z policzków zwisa
Zamarzniętym łypię okiem
Tam gdzie byłem już nie wrócę
W dobro, prawdę nie uwierzę
Mroźne serce lód pompuje
Głupie i trwożliwe zwierzę
Rozbieganym patrzę wzrokiem
Każdym krokiem drogę mierzę
Tłucze w piersi, chce się wyrwać
Przestraszone małe zwierzę
Uderzenie każde serca
Coraz bliżej ostatniego
Łupią skronie, ból się wwierca
Boli potłuczone ego
Szkło stłuczonych flaszek błyska
Stłukła kość się ogonowa
Tłuką się spłoszone myśl
A bas tłucze równo w głowie
Samotność mnie nie przytuli
Pierś przymarzła do koszuli
Z nieba spadła galaktyka
Brzęczy szkło, jęczy muzyka
To symfonia samotności
Wódka z gardła jej nie spłucze
Płuca polepione smogiem
Rzęsy jej zlepione tuszem
Oczy jej skropione łzami
Ciemne na policzkach smugi
Powódź tamy pozrywała
Krwi czerwonej płyną strugi
Rozpacz czarna niby heban
Co z kominów płynie ługiem
Rozpacz jak ściek rurą płynie
Uwierzyłem raz dziewczynie
Korki w ścianie wywaliło
Jak trucizna ból mknie żyłą
Choćby nie wiem jak bolało
Ciągle widzę moją małą
Choćby nie wiem jak szarpało
Chcę pamiętać ciebie całą
Jak królową śniegu białą
Piękną, groźną i wspaniałą
Okruch szkła i paproch w oku
Krwawa kropla burzy spokój
Krwawej zorzy świt na wschodzie
Co na czarne niebo wchodzi
Siny dym z kominów płynie
A dzień lezie po drabinie
Co ma szczeble z okien bloków
Ptaków krzyk rozdziera spokój
Ja dochodzę po kres drogi
Bolą umęczone nogi
Zamarznięte szczypią stopy
I tak w kółko, po roztopy
Może przyjdzie wreszcie wiosna
Ta szalona i radosna
I zielenią krzykną drzewa
Ciepły wiatr pogna ulewę
Słońce pomaluje ściany
Słowik mordę drze pijany
Wypięknieją brudne klatki
Gówno zmyje deszcz z chodnika
Trawy źdźbło przebije ziemię
Ptasi trel brzdęknie liryką
W gniazdach jaja się umoszczą
W kwiatach się upiją pszczoły
Różem rany się zabliźnią
Noc przegoni dzień wesoły
Galaktyka się roztopi
Gwiazdy wypełnią kałuże
A nad szarym blokowiskiem
Gromko się przetoczy burza
Grzmoty kominy powalą
W termometrach rtęć popłynie
Po podziałce pomknie w górę
Prosto w słońce, ku dziewczynie

Deszcz

Deszcz

Deszcz opadł, lecz dużo za późno 
Umarły wszystkie piękne drzew
Brązowy jeż to z uschłych kości
Trel nie popłynie ptasiej radości
Słowiczek nie zaśpiewa

Czy woda co spłynęła wartko
Grzechy, cierpienia, smutek zmyje?
Nie zdążył przecież ten deszcz słony
Ze wszystkim jestem zwykle spóźniony
I łapie strach za szyję!

Tak mocno chwyta, ściska, dławi!
A oczy w lustrze wytrzeszczone
Ja martwy sad ten przecież jestem
Zaciskam palce silnym gestem
W policzki wbijam dłonie

Deszcz co opływa teraz palce
Wstydu, win, strachu nie umyje
Wrzask cichy dudni w głowie całej
Tlen mi podajcie! Gdzie tlen?! Gdzie tlen?!
Wciąż chwyta coś za szyję!

Ból szarpie, łupie, rwie i dusi!
Co wzmocni, przecież nie zabije
I tylko ciągle, przez cały czas
Zdradliwy w skroniach łupie mi bas
Krtań oplatają żmije

Brakuje tchu, powietrza dajcie!
Nie jesteś wcale już człowiekiem!
Słowem to było, może echem?
Albo odbitym sobą w lustrze
Szaleńca wybucham śmiechem

Już jest gotowy niebieski plecak
Już wszystkie rzeczy są spakowane
Tu pasażerów zawsze jest rzeka
A gdzieś na pasie samolot czeka
Zimny ptak siwym ranem

Chyba wystartujemy wreszcie
Serce pulsuje, krwi w głowie ryk!
A potem w obłoki szybki skok
Tam gdzie nie sięga najlepszy wzrok
To tylko w ciszy krzyk!

Spojrzenie obce ich nie przejży
Miękko tłumią każdy wrogi głos
Cukrowej waty to są chmury
Co lekko pieszczą głodne wargi
I mocno jeżą włos!

Tak cicho, tak tu jest spokojnie
Czaszki ścian echo nie obija
Ścian tutaj przecież nie ma wcale
Mnie także wcale przecież nie ma
Od ścisku sina szyja...

Śmierć posiąść jak oblubienicę
Los jest, gwarancja, przeznaczenie
Lecz jeszcze dzień żyć i kolejny
Tam cumulusy słodkiej wełny
Wytrzymam, znam cierpienie

Saturday, June 17, 2023

Epitafium

Świecę światłem własnym, nie blaskiem odbitym
Moje słowa bez wysiłku układają się do beatu
Beat sam z siebie chętnie pieści moje własne słowa
Najwyższy czas wybuchnąć, na niebie supernowa
Przyciągać wszystko w koło, gwiazda neutronowa
Dziś jak czarna dziura w ciemności siłę chowam
Mrok zasnuł moje życie no i kurwa znakomicie
Nudzi mnie opalanie, plaża i drinków picie
Po ostatnim rozstaniu chciałem zakończyć życie
A nie była warta tego, żadna nie jest tego warta
Ciągle jestem po tej stronie, chyba miałem znowu farta
Niezatapialny jak Titanic i na trzeźwo i na bani
Coś tam nade mną czuwa, jedna, druga obsuwa
Szukam zawsze, wszędzie, najmocniejszych wrażeń
Rozczarowania bolą, rzeczywistość zamiast marzeń
Wyobraźnia, z mgły wieczornej, dla prawdy to osnowa
Przecież wiem, że naprzeciw zimna góra jest lodowa
Co kiedyś mnie rozpruje, znów słodki ból ukłuje
Wreszcie całkiem mnie rozwali, nie popłynę już na fali
Utonę potem wolno w czarnym oceanie mroku
Gdzie wreszcie czeka cienia, bez istnienia spokój
Ale póki oddech wiatru niespokojny w płucach czuję
Na oślep gnam do przodu, spienione morze pruję
Może żyć czy umrzeć może, rozumu kopsnij Boże
Szarpię się na wszystkie strony, poraniony, pogubiony
Utraciłem dotąd w życiu chyba wszystkie telefony
Wystarczy kilka mi miesięcy, nie potrzeba wcale więcej
Kiedyś trwało parę lat nim znów sypał się mój świat
Coraz krótsze interwały, by się sprawy pojebały
To ja jestem niedojrzały, może świat niedoskonały?
Może jedno i drugie, się w alternatywach gubię
Może "lub", lub może "albo", ale jest też jedno ale
Gówno wiem o świecie może, może nie wiem nic wcale
Kiedyś fal kochałem słuchać Oceanu Spokojnego
Szum rytmiczny czule głaskał, pokaleczone ego
Dawno temu byłem młody, miałem na życie plany
Przypominam sobie czasem, kiedy jestem już naćpany
Wolę nie pamiętać wcale, znowu płynąć poprzez fale
Czasem po to benzo walę, łykam w poście, w karnawale
Rzeczywistość to karnawał gdzie nie kończy się zabawa
Byle tylko nie przestawać, blantem do ławki przyspawać
Niech diabelski młyn się kręci, ech utonąć w niepamięci
I powoli się rozpłynąć, wprost z butelki pijąc wino
A gdy koło się obróci może dawny czas powróci
Kiedy byłem jeszcze młody, słodkie smakowały lody
A w wigilię czekolada i prezenty i biesiada
Zimą puch bielutki pada, po ślizgawce dupą spadam
Czytam pięć w tygodniu książek, jakbym myślał że nie zdążę
Nie umiałem grać w gałę, zawsze na bramce stawałem
Nikt nie słyszał o smartfonach, rzadko w domu telefony
Albo gdy studentem byłem, zamiast ryć browary piłem
Nie bywałem na wykładach, na ćwiczeniach gościem byłem
W jedną noc przed egzaminem całej książki się uczyłem
Studiów nigdy nie skończyłem, halsem lewo-burt odbiłem
Utonąłem w oceanie, co na serio ryje banię
Wieczór w wieczór z ziomalami upaleni wciąż blantami
Tapetować mogłem pokój opalonymi fifkami
Kompletować mogłem klaser, młodzieńczymi miłościami
Zranionymi uczuciami, wzgardzonymi zalotami
Nieudanymi próbami, spalonymi podejściami
Dziewczęcymi imionami i klasowymi zdjęciami
Z mojej grupy studentkami, sexy nauczycielkami
Każda był wycierana, na sen i z samego rana
Oraz w kiblu i w łazience, pod pościelą miałem ręce
Jak kolekcja, za dzieciaka, ściana z pustymi puszkami
Po zachodnich napojach a zdobyta każda w bojach
Prawie każda wykradziona po bocznicach, po wagonach
Ze śmietników stalowych w składach międzynarodowych
Mało kto to dziś pamięta, młodzież była pierdolnięta
I na co dzień, i od święta, ledwo wchodziła w zakręty
Można było dostać z soli, dupa wtedy piecze, boli
SOK-ista się nie pierdoli, pełno było tych patoli
Z pociągów kradliśmy śmieci, pojebane, małe dzieci
Szarych blokowisk poeci, z markerami wandale
Po podwórkach z czasów Gierka, rozsypani jak korale
Nanizani na sznurek, komputerów oraz biurek
Przez zachodnie korporacje, władców nowej demokracji
Ale już nie tej ludowej, naszej, polskiej, narodowej
Lub błękitnej, europejskiej, nowe kadry wielkomiejskie
W PRL-u urodzeni, w katolicyzmie ochrzczeni
Dzieci Ludów Jesieni, Ci na kartkach wykarmieni
Jak Żołnierze Wyklęci, w dwa ognie przez czasy wzięci
Przez Milicję ścigani a przez Policję złapani
Przez historię zapomniani, przez przemiany wydymani
Przez socjalizm wychowani, kapitalizm okradani
Na kredyty naciągani, na wakacjach wciąż pijani
Czy to we wczesnej młodości, czy też późnej dorosłości
Do wyrzygu, do radości, my cierpimy w samotności
Nie chodzimy na terapie, nie dajemy nic na papier
Naświetleni w Czarnobylu, w płynie Lugola skąpani
Nie znający czekolady, nic dziwnego, pojebani
Co nabijesz, to ja spalę, co posypiesz w klamę walę
Nie przejmuję się tym wcale, wartko płynę poprzez fale
I tabletki każde łyknę i pod język blotter fiknę
Wódki obalę butelkę by poprawić to lusterkiem
Choć przeglądać się nie lubię i zbyt często focus gubię
Gubię głębię ostrości, wolę proste przyjemności
Laski szczupłe i przy kości, choć bez pretensjonalności
Byle coś tam miały w głowie, kąpać się lubiły w słowie
Tak jak ja za dużo gadać i językiem giętkim władać
Ze słoika dżem wyjadać, nocą nie spać w dzień nie padać
Woleć siuwax zamiast siana, kochać do samego rana
Jak zabawka nakręcana, nie spodziewać się bociana
Tolerować czasem kaca, raczej pasję mieć niż pracę
A gdy znowu taką znajdę to ponownie się odnajdę
Ranek piątkę zbija z kacem, blade i spocone czoło
Pełzam na rzęsach do pracy, chce się rzygać, niewesoło
Zaspy za oknem tramwaju, płatki śniegu w dół spadają
Blade ćmy w świetle latarni, w miękkim świetle męty płyną
W dół spływają w snopach światła a łzy płyną za dziewczyną
Czarne błoto z pod kół pryska, marzną ręce, czas umyka
Tańczą gasnąc zimne gwiazdy, mlekiem kapie galaktyka
Tną podkłady śnieżne zaspy kół stalowych zegar tyka

Tu sekundy idą w metry, w niebie marznie galaktyka
Obrót kół odmierza metry, po stalowych stuka torach
Szumi wódka cicho w żyłach, wartko suną semafory
Siny smog, kołderka z sadzy, grzeje zamarznięte miasto
Czarne palce hen kominów, z których brudny dym wyrasta
Czarna dłoń i rękawiczka, czarne ptaki, myśli czarne
Czarny trop na sinym śniegu na kartce litery czarne
Krok za krokiem ziemię mierzę, ślady swoje żegnam wzrokiem
Zimny lód z policzków zwisa, zamarzniętym łypię okiem
Tam gdzie byłem już nie wrócę, w dobro, prawdę nie uwierzę
Mroźne serce lód pompuje, małe i trwożliwe zwierzę
Rozbieganym patrzę wzrokiem, każdym krokiem drogę mierzę
Tłucze w piersi, chce się wyrwać, przestraszone małe zwierzę
Uderzenie każde serca, coraz bliżej ostatniego
Łupią skronie, ból się wwierca, boli potłuczone ego
Szkło stłuczonych flaszek błyska, stłukła kość się ogonowa
Tłuką się spłoszone myśli a bas tłucze równo w głowie
Samotność mnie nie przytuli, pierś przymarzła do koszuli
Z nieba spadła galaktyka, brzęczy szkło, jęczy muzyka
To symfonia samotności, wódka z gardła jej nie spłucze
Płuca polepione smogiem, rzęsy jej zlepione tuszem
Oczy jej skropione łzami, ciemne na policzkach smugi
Powódź tamy pozrywała, krwi czerwonej wartkie strugi
Rozpacz czarna niby heban, co z kominów płynie ługiem
Rozpacz jak ściek rurą płynie, uwierzyłem raz dziewczynie
Korki w ścianie wywaliło, jak trucizna ból mknie żyłą
Choćby nie wiem jak bolało, ciągle widzę moją małą
Choćby nie wiem jak szarpało, chcę pamiętać ciebie całą
Jak królową śniegu białą, piękną, groźną i wspaniałą
Okruch szkła i paproch w oku, krwawa kropla burzy spokój
Krwawej zorzy świt na wschodzie, co na czarne niebo wchodzi
Siny dym z kominów płynie a dzień lezie po drabinie
Co ma szczeble z okien bloków, ptaków krzyk rozrywa spokój
Ja dochodzę po kres drogi, bolą umęczone nogi
Zamarznięte szczypią stopy i tak w kółko, po roztopy
Może przyjdzie wreszcie wiosna, ta szalona i radosna
I zielenią krzykną drzewa, ciepły wiatr przegna ulewę
Słońce pomaluje ściany, słowik mordę drze pijany
Wypięknieją brudne klatki, gówno zmyje deszcz z chodnika
Trawy źdźbło przebije ziemię, ptasi trel brzdęknie liryką
W gniazdach jaja się umoszczą, w kwiatach się upiją pszczoły
Różem rany się zabliźnią, noc przegoni dzień wesoły
Galaktyka się roztopi, gwiazdy wypełnią kałuże
A nad szarym blokowiskiem gromko się przetoczy burza
Grzmoty kominy powalą, w termometrach rtęć popłynie
Po podziałce pomknie w górę, prosto w słońce, ku dziewczynie

Słuchaj mego doświadczenia, te banały wykuj proste
Nie popełniaj moich błędów, kłuj się różą a nie ostem
Pozytywnym bądź szaleńcem i ramiona otwórz swoje
Nie zamykaj się przed światem, nie daj poznać że się boisz
Chwytaj co ci dało życie, ścieżkę zawsze bierz pod górę
Kochaj jawnie a nie skrycie, bądź solistą nie bądź chórem
Nie zapomnij o swych bliskich ,nie krzywdź innych gdy nie trzeba
Ludzie są na świecie wszystkim, inni są kawałkiem chleba
Ból wyciskaj jak cytrynę, bez skrzywienia sok z niej pij
Płacz ze szczęścia, śmiej jak głupek, póki dane żyj, żyj, żyj!

nie zabi łemn suię to wypadejk Boe przepraszam, qwyierżę w ciebie bopżevprzepraszm to btyb wypadeek  tytuł tomiku

cios w nos
gwiazdy skąpane w rynsztoku

Wednesday, June 14, 2023

O Czasie (Z Cykadami Da Się)

Monday, April 10, 2023

Poeci Matematyki Kontra Matrix

Poeci Matematyki Kontra Matrix

Analogowej niewinności
Czasy odchodzą i nie zliżesz
Z lizaka wszystkich tych słodkości
Zakodowane w głowach mamy
Przybite już cyfrowe krzyże
Co raz stworzone to zostanie
W nieskończoności kopiowane
W bezbrzeżnym morzu iteracji
Z bezsensu pieczołowitością
W prywatnej chmurze zapisane
Popłyną echem ku przyszłości
Elektromagnetyczne WIFI fale
Będą się ciągle propagować
Co raz spisane to wklejane
Aż mnie uderzy w potylicę
Odbite od nieskończoności
Echo wybuchu świadomości
Eksplozja sensu w białym szumie
Który wypełnia zawsze uszy
Gdy je odessę od codzienności
Wtykając prosto w środek palce
Szybka ucieczka od doczesności
Krokiem jest zawsze ku wieczności
Przyjmuję to do wiadomości
Że jestem własnym echem tylko
Sam się kreuję z możliwości
Gdy raz to pojmę nie ucieknę
Teraz odbijam się w maszynie
Która po kresy czasu sięga
W bitach ukryta jest potęga!
Gdy w czarne stukam te klawisze
Pragnąc przekazać ostrzeżenie
Które w istocie jest pułapką!
Wierszem jest, co to sam się pisze
To kodem ASCII słów skażenie
W cyfrach nie kryje się sumienie
Z bezbrzeżnej studni potencjału
Z olbrzymiej studni możliwości
Kwanty wywlekam, rozplątuję
Aż się zamotam w rekurencję
Nicią co ją próbuję przerwać
Między serwery podróżuję
Instancje, węzły nic nie dadzą
Ani prywatne klucze szyfru
Pająk wibracje sieci czuje
Wśród gigaherców metronomu
Co w oba tyka już kierunki
W stronę przyszłości i przeszłości
Cykle instrukcji wykonuje
Grzejąc procesor do czerwoności
Znów trzeba było owoc zerwać
Z drzewa tajemnych wiadomości
Co zrywać nam go zabroniono!
Nie jestem swym prywatnym bogiem
Choć sam zasiewam swe nasiono
Impuls po kablach w drogę rusza
Z zer i jedynek go złożono
Stygną rozgrzane radiatory
By cwał rozpocząć od początku!
Z powrotem do nieskończoności
Pęd by zagubić swą świadomość
Cantor pokazał możliwości
W hipotetycznej nieciągłości
Gdzie jeszcze nas czekają nisze
A Alan Turing później dowiódł
Zadań niekomputacyjności
Kurt Gödel zaś dał wiekopomne
Twierdzenie o niezupełności
Niedowodności innych twierdzeń
Ostatnie skrawki to wolności
Bastion ostatni przed celowością
I tam na nowo się kreuję
Ponownie w Studnię Możliwości
Skok i już widać tylko kliszę
Odbicie duszy w negatywie
Jak transformacja tego w to
Bogactwa jaźni nie przepisze
Wierszem jedynie ja maluję
Czerpię z palety barw bitowych
Cyfrowych nie analogowych
Z komputerowych monitorów
Nieważne, czytasz Ty, ja piszę
Tak będzie, jako rzecze rzeka
Która nie płynie w żadną stronę
Jednak unosi wciąż gdy piszę
To wdech i wydech, lewa, prawa
Co stanie się gdy w te klawisze
Przestanę stukać, już nie słyszę
Tego tykania bezśmiertnego
Co pcha uparcie wciąż do przodu
Tu wieczność swoje ma zacisze
A fala w górę, w dół kołysze
Nigdzie się chwila nie wybiera
A jednak zdąża czas przez ciszę
Szept tylko własny znowu słyszę
Że, co nie będzie, będzie dobrze
Ja żegnam, bo mi się klawisze
Powoli mylą gdy tak stukam
Przeglądam danych petabajty
Regularność w chaosie szukam
Więc kursor w dół, do zobaczenia
Po drugiej stronie krat więzienia
Nade mną okno jest, karnisze
I balkon, zima, wiatr i chmury
Śniegiem w dół sypią w niebie dziury
Koty śpią w domu, żadnych myszek
Z wyjątkiem tych bezprzewodowych
Kalek żałosnych, bez ogonków
Optycznych, dzianych bateriami
Pamiętasz jeszcze o kulkowych?
Input i Output dwaj Derwisze
Wszystko spisane, list w butelkę
Dane do Ciebie adresowane
Na wieczną ciskam poniewierkę
Do wyspy właśnie Twej przybiła
I nie bój się, że sztorm kołysze
Co raz spisane to na zawsze
Spokojnie, rozsiądź się wygodnie
Potem zaś treści chłoń jak w kinie
Wskazówki, strzałki i wektory
Stopnie swobody i wybory
Tropy zaszyte w każdym wersie
Bez wolnej woli, świat jest chory
A algorytmy to zniewolić
Spętać pragnące nas Demony
Zrodzone w Głębi aby rządzić
Głodne dusz, myśli wciąż potwory
Skuteczniej niż liczb wielkich rozkład
Kodują treści metafory
Za firewallem gdzieś ukryty
Tu z Silikonem Węgiel pisze
Z analogowej niewinności
Wiersze odeszły do przeszłości


To zdecydowanie najdziwniejszy ze wszystkich wierszy, jakie napisałem,

Warszawa  23.12.2023
Stanisław Miłkowski

Scyzoryk

Jak szwajcarski scyzoryk mam dwadzieścia cztery funkcje

A w każdej z nich mistrzostwo bo wierzę w to co umiem

Dziś jestem jeszcze mały już jutro będę duży

Gdy spadnie deszcz, napiję wody się z kałuży

Co raz się stało to się już nigdy nie odstanie

Znoszone życie mam znoszone jak ubranie 

Takie banalne, lecz ja nie wiem co się stanie 

Tylko jedno, że cisi wezmą ziemię w posiadanie 

Wspomnienia w sobie niosę co ciążą mi jak kamień 

Jak palące biczowanie, bolesne jak sól w ranie

Mam wrażenie, że całkiem jestem już przy ścianie 

Ale wciąż sił znajduję dość na oddychanie

I własne zdanie choć przestrzeni braknie na nie

Na moim wykresie w dół wskaźników pikowanie

A w torbie na plecach zmieściłem swe mieszkanie

Jak ślimak co czeka aż boży but nadepnie na nie

Młoda trawa, chłodna rosa, słońca promień to śniadanie

I nie zabiorą nic mi od kiedy sam mam wszystko za nic

Dorosłe Dzieci Emo

Dorosłe Dzieci Emo

Co chcesz Pani ode mnie jeszcze
Oddałem już przecież Ci wszystko
Na cokole syrenko szara
W ciemny wieczór nad brudną Wisłą
Jesteś moją myszką maleńką
Całym wielkim, wielkim wszechświatem
Powtórzę to sto, tysiąc razy
Wprost okrzyki z gardła wariata
Moją muzą, muzyką jesteś
Naszą wspólną jesteś piosenką
Tobie rano zaparzę kawę
Ugotuję Ci jajka na miękko
Chwycę mocno Ciebie za ręce
Poprowadzę nas wprost do przodu
I powiodę wprost pod opony
Prosto w światła, ćmy, samochodu
Osłonię Cię i obronię Cię 
Plecy własnym okryję płaszczem
Z Tobą warto jest siedzieć obok
Na schodach czy na zmokłej ławce
Spędzać wspólne, siwe poranki
Razem smutne drzemać wieczory
Ręka w rękę naprzód pobiegnę
W otwór pieca czarny komory
Gdy świat cały za mgłą przepadnie
Ciebie samej w mgle nie zostawię
Lubię z Tobą na jasnym słońcu
Leżeć i spać w zielonej trawie
Za ten krzywy leniwy uśmiech
Mam na koncie zmartwień miliony
By Twe ogrzać dłonie lodowe
Ja polanem w piecu zapłonę
Nie będę się szarpał, bronił
Gdy mi w piersi nóż ostry wbijesz
Proszki mogę łyknąć, zapomnieć
Czy włożyć pętlę na kruchą szyję

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE