Showing posts with label Zmiany na świecie. Show all posts
Showing posts with label Zmiany na świecie. Show all posts

Wednesday, February 22, 2017

Co jest przyczyną pokoju w Europie? Zażarta dyskusja internetowa ;-)



Ten artykuł to właściwie zapis dyskusji z Facebooka, w której brałem udział. Ponieważ była dość zażarta (i moim zdaniem ciekawa), postanowiłem zamieścić ją na blogu. Spór wywołał pierwszy obrazek i mój do niego komentarz. Postów nie poddawałem żadnej edycji, jedynie usunąłem nazwiska adwersarzy. Nie do końca zachowałem tu chłód i racjonalność, ale pisałem jako osoba prywatna, nie zaś blog "Jest Racjonalnie". Z góry przepraszam i zapraszam do czytania...



Tak?

Czy może tak?

Przeczytaj i zadecyduj!


Stanisław Miłkowski Michale - teraz rozwinięte państwa prowadzą inne wojny, których na wykresie nie znajdziesz - wojny ekonomiczne, informatyczne i kulturowe... Wojny militarne po prostu przestały się opłacać. UE niewiele ma tu do rzeczy - żadne nowoczesne państwo nie prowadzi już staroświeckich wojen z innym nowoczesnym państwem. Zamiast flagi UE mógłbym w tym samym miejscu postawić znaczek atomu i wykres by się nie zmienił ;-)...

Pan Michał Obyś nie miał okazji się przekonać, jak wygląda prawdziwa, niewirtualna wojna. Znaczki możesz sobie stawiać dowolne, ale budzenie demonów nacjonalizmu nigdy dobrze się nie kończy. I reset też tu nie pomoże.

Stanisław Miłkowski do Pan Michał: Michale, prawdziwej wojny nie życzę nikomu. Zwróć jednak uwagę, że pasek jest tym mniej zaczerniony, im bliżej współczesności. Nacjonalizm to dziewiętnastowieczny wynalazek a wojny bywały też dużo wcześniej. Religia, kolor skóry, czy wreszcie narodowość były zwykle wyłącznie pretekstem do zbrojnych rozgrywek możnych tego świata. Dziś ludzie, którzy mają pieniądze a zatem i władzę, wiedzą, że wojny opłacają się jedynie w krajach trzeciego świata i to wyłącznie takich, które mają surowce, bądź są ważne z punktu widzenia strategicznego dostępu, np do morza (czyli znów chodzi o surowce). Dlatego właśnie obserwujemy zmagania na Bliskim Wschodzie lub w Afryce. Wojna pomiędzy potęgami jest możliwa, ale nieopłacalna. UE nie zapobiegła żadnej wojnie a w granicach Unii toczyły się choćby walki w Irlandii Północnej... Gdyby zaś nie polski nacjonalizm (w szerokim rozumieniu - ja wolę użyć słowa patriotyzm i zaliczyć w poczet patriotów pospołu Dmowskiego z Piłsudskim i Witosem) Polski nie byłoby na mapie... Zaś europejski nacjonalizm i protekcjonizm jest odpowiedzią na nowe niespokojne czasy, czyli powrót do gry Rosji i wejście w rozgrywkę Chin. UE jest niestety rozgrywanym a nie rozgrywającym w tych nowych zmaganiach (zafundowano nam np. Arabską Wiosnę)...

Pan Szymon: Kompletnie wyleciała Panu z głowy wojna na Ukrainie, która nieustannie trwa... Znaczy blisko nam do "trzeciego świata". Takoż fakt, że - o dziwo? - najbardziej gardłujący polscy "patrioci" mają poważne związki z Rosją.., i dzielnie sprzyjają rosyjskim staraniom swoimi działaniami. Widzę też, że polski (może raczej państwa polskiego) kolonializm i nacjonalizm był zaiste wyrazem patriotyzmu. Dmowskiemu pewnie podobałoby się, że właśnie stajemy się więźniami własnego getta i nie sądzę, aby ktoś chciał z nami na tej ławce siąść.

Stanisław Miłkowski do Pan Szymon: Nie zapomniałem o wojnie na Ukrainie. To właśnie niestety trzeci świat. Podróżnik, którego nazwisko wyleciało mi z głowy, opisywał tamtejsze drogi jako identyczne z drogami w Pakistanie - tzn. jeździ się poboczem bo środek drogi do niczego się nie nadaje. Putin wziął zaś Krym, z uwagi na strategiczne umiejscowienie i kontrolę nad Morzem Czarnym. Nie wziął jednak całej Ukrainy, choć mógł, bo nadepnął by na palce innym mocarstwom (Niemcom, USA). Ukraińskie "elity" to w większości pomarańczowa lub niebieska skorumpowana banda, gotowa sprzedać własny kraj za garść srebrników a poziom korupcji jest wyższy niż w Czarnej Afryce. Bardzo przykro mi, że muszę to pisać, bo Ukraińców uważam za braci i darzę ogromną sympatią. A na "polskich patriotów" gardłujących za Rosją pluję gęstą śliną. Polska od trzystu lat ma jednego i tylko jednego śmiertelnego wroga - Rosję. Stąd kreowanie na takowego Niemiec przez calutki PRL - złodziej najgłośniej krzyczy "łapaj złodzieja". Niemcy to zaledwie druga liga nieprzyjaciół, zaś w obecnym układzie sił, po zwycięstwie Trumpa, być może jedyny sensowny sojusznik Polski. UE zaś niestety się sypie i to nie przez Polskę - jesteśmy najbardziej euro-entuzjastycznym krajem wspólnoty. Sypie się przez skierowaną w kierunku dominacji politykę niemiecką i przez zafundowaną nam rękami USA Arabską Wiosnę i związany z nią zalew uchodźców. Ostateczny cios łaski zada jej zaś pewnie Francja. Patrzenie w Unię jak w "malowane cielę" nie ma wiele wspólnego z Realpolitik. Gdyby do Warszawy wkroczyły rosyjskie czołgi, parlament UE zapewne podjąłby pełną oburzenia rezolucję.

Pan Marek do Stanisław Miłkowski: Opowiada Pan niestety banialuki. Wokół nas, nie "w trzecim świecie", przytrafiła się masakra Srebrenicy i obozy koncentracyjne na terenie b. Jugosławi. Niedaleko naszych granic toczyły się wojny w Czeczenii, Gruzji, Ukrainie. Pokuj na terenie UE jest najdłuższy w historii Europy. Jeśli uważa Pan, że z powstaniem UE nie ma to związku przyczynowego, to Pańska sprawa, ale każde działanie zmierzające do osłabienia tej struktury uważam za groźne dla dalszego pokojowego istnienia Polski.

Stanisław Miłkowski do Pan Marek: A Pan zachowuje się niekulturalnie, pisząc że, cytuję "opowiadam banialuki". Uznaję to za przyzwolenie na sprowadzenie dyskusji do podobnego poziomu (atak ad personam za atak). Czy Pan wie, kiedy w ogóle powstała UE? Śmiało, można użyć Google. Otóż Unia powstała 1 listopada 1993 roku, zatem stawianie na wykresie znaczka na początku lat 50tych jest sporym nadużyciem. Wcześniej w Europie nie było wojen, wynaleziono bowiem bombę jądrową i termojądrową a świat był podzielony pomiędzy dwa supermocarstwa. A żadne mocarstwo ani supermocarstwo nie zacznie wojny z drugim, ani nie wkracza w strefę jego bezpośrednich wpływów, bo nikogo nie interesuje zajęcie milionów km^2 zeszklonego, radioaktywnego piasku i zatknięcie tam swojej flagi. Flagę lepiej postawić na Księżycu lub na Marsie. Nawet cywilizowane państwa wagi średniej nie prowadzą już ze sobą wojen tradycyjnych a jedynie ekonomiczne, informacyjne i kulturowe, tak jak pisałem w poście numer jeden. Czeczenia to 3ci swiat pełną gębą a Gruzja i Ukraina to prawie trzeci świat i miejsca, gdzie ścierają się wpływy dwóch mocarstw - Rosji i USA, stąd wojny. Przyczyną konfliktu w byłej Jugosławii był zaś fakt, że na siłę wciśnięto pod jedną flagę kilka nienawidzących się z całego serca narodów. A pamięta Pan kto obserwował z założonymi rękoma masakrę w Srebrenicy? Pozwolili na nią holenderscy żołnierze z mandatem ONZ. Obecnie Rosja próbuje za wszelką cenę rozbić UE, aby pokopać strefę wpływów Niemiec - europejskiego hegemona. Możemy, a nawet powinniśmy, obrać w tym konflikcie stronę niemiecką. Próba bowiem stania rozkrokiem i obrażania się na obydwu sąsiadów grozi nam powtórką z Września 39. Nie możemy niestety zbytnio liczyć na najlepszą niegdyś opcję - USA, ponieważ kraj ten ma własne problemy i europejską strefę wpływów zwija, już od czasów Obamy. Ale powinien być to wybór świadomy i nie za darmo, na dźwięk hymnu Unii i widok błękitnego, gwiaździstego sztandaru. Zapytam jeszcze, kto osłabia UE? Polska i Węgry, czy może USA (arabska wiosna) i Rosja (propaganda, tajne służby)? A może przyczynia się do upadku zjednoczonej Europy zbytnia hegemonia Niemiec i zmuszanie małych krajów do przyjęcia niemieckiej polityki zupełnie niemal za darmo, w zamian za "grosze" wrzucane jako dotacje? Ostateczne ciosy UE zadają kryzys grecki i buta, z jaką wymuszono Pakt Stabilizacyjny oraz kryzys z uchodźcami - zdecydowana większość Europejczyków bowiem ich u siebie nie chce (co dowodzi tylko tego, że "prości ludzie" potrafią jeszcze samodzielnie myśleć). A Polsce może zapewnić bezpieczeństwo własna silna i nowoczesna armia, połączona z rozbudowaną obroną terytorialną, tak by atak na nasz kraj stał się nieopłacalny. W drugiej kolejności nasze bezpieczeństwo może gwarantować sojusz z Niemcami, później zaś NATO (czyli de facto USA). A Unia Europejska? Proszę... Od początku lat 90-tych ten wiatr wiał w nasze, polskie żagle, ale parę lat temu jego kierunek się zmienił…

Pan Marek: Bomba jądrowa nie powstrzymała supermocarstw od toczenia setek "proxy wars" na całym świecie. UE jest skrótem myślowym, następczynią wspólnoty Węgla i Stali, która przekształciła się w EWG i UE. A pomysł Maciarewicza powstrzymywania ataku specnazu obroną terytorialną zasługuje na kabaret, a nie na dyskusję.Rozumiem, że skłania się Pan do opinii, że "grosze" dotacji z Unii nie są nam potrzebne i zaprzestanie ich wypłacania przyniesie większe szkody Niemcom niż nam.
Mam nadzieję, że nie będzie nam dane przetestować siły naszej armii w starciu z państwami narodowymi, które zaczęły by dbać o "swoje" interesy po rozpadzie Unii.
Mam nadzieję, że Polacy nie dadzą się uwieść nacjonalistom chcącym budowy Wielkiej Polski Katolickiej na trupie projektu europejskiego. Polska nie zasługuje na taki los.

Stanisław Miłkowski do Pan Marek:  "Bomba jądrowa nie powstrzymała supermocarstw od toczenia setek <proxy wars> na całym świecie"
- No proszę, czyżbyśmy się zgadzali? Pisałem dokładnie o tym samym, gdzie więc polemika? Europa środkowo - zachodnia nie jest jeszcze na szczęście miejscem, gdzie można prowadzić "proxy wars". Nie jest z dwóch powodów - po pierwsze to amerykańsko - niemiecka strefa wpływów, a po drugie dom dla pół miliarda najbogatszych konsumentów świata. EWWiS i Euratom oraz ich następca EWG nie były wspólnotami politycznymi a jedynie ekonomicznymi. UE powstała jako instrument wpływu politycznego Niemiec na pozostałe państwa wspólnoty i jest organizacją nową, luźno tylko powiązaną ze wspólnotami gospodarczymi, z których wyrosła. Pieniądze z Unii jawią się zaś jako grosze, dopiero jeśli przyjmiemy punkt widzenia, że sprzedajemy za nie suwerenność w polityce międzynarodowej a nawet wewnętrznej. Ja osobiście, jako palacz oddałbym wszystkie aquaparki i nowoczesne autobusy w zamian za papierosy w cenie 5 PLN. Biorąc tylko to pod uwagę, dopłacam do naszego członkowstwa 300 PLN miesięcznie, więc zamiast nowoczesnym autobusem mógłbym już jeździć nowoczesnym samochodem ;-). Nie mam nic przeciwko przyjmowaniu niemieckich pieniędzy (są nam zresztą winni o wiele więcej i to żadna łaska z ich strony), ale te pieniądze to za mało aby stanąć po stronie Niemiec. Chcą, byśmy ich wspierali? Niech poprowadzą choćby, jako wyraz dobrej woli, Nord Stream 2 przez terytorium Polski. Obrona terytorialna nie jest zaś po to, aby walczyć ze specnazem (swoją droga to chyba argument przepisany słowo w słowo z "Wyborczej") ani z nacierającymi czołgami, ale by organizować partyzantkę na tyłach wroga i podnieść ogólny koszt ataku. Dodatkowo obronę terytorialną można w miarę szybko przekształcić, w razie potrzeby, w regularne wojsko, co naszej armii cierpiącej na nadmiar oficerów jest potrzebne jak tlen. Szkoda, że projekt kojarzy się z niebezpiecznym wariatem, albo ruskim agentem - Macierewiczem. Nie jest on bowiem jego autorstwa, nie jest też jego własnością. 
"Mam nadzieję, że nie będzie nam dane przetestować siły naszej armii w starciu z państwami narodowymi, które zaczęły by dbać o <swoje> interesy po rozpadzie Unii." 
- Cóż za słodka naiwność - państwa narodowe dbają o swoje interesy od zawsze i nigdy dbać nie przestały. Państwo, które o tym zapomina, znika z mapy. I z kim niby po rozpadzie Unii mielibyśmy się bić? Z Francją, czy z GB? 
"Mam nadzieję, że Polacy nie dadzą się uwieść nacjonalistom chcącym budowy Wielkiej Polski Katolickiej na trupie projektu europejskiego." 
- No proszę, sam Pan pisze o trupie projektu europejskiego - czyli jednak niestety myśli pan już o UE jako o zwłokach. Ja mam nadzieję, że ideę Wspólnoty uda się uratować, ale na pewno nie na obecnych zasadach i warunkach. I tak, marzę o silnej, nowoczesnej i przyjaznej obywatelom Polsce, niekoniecznie Wielkiej. Obecny rozmiar jest w sam raz. A z wyznania jestem ateistą...

Tytułem podsumowania dodam tylko, że nie jestem wrogiem UE ani przeciwnikiem naszego w Unii członkostwa. Nie zgadzam się po prostu z tezą, że to UE zapobiegła europejskim wojnom, tak jak piszę kilkukrotnie w powyższej dyskusji. Próbuję też przedstawić prawdziwy moim zdaniem obraz współczesnej wspólnoty jako pola walki o interesy narodów Europy, miejsca tak sporu jak współpracy. Nie mam również nic przeciwko poszerzaniu unijnych kompetencji, ale wyłącznie wraz z postępującą demokratyzacją (przewaga Parlamentu nad Radą i Komisją, Prezydent pochodzący z bezpośrednich wyborów itp). A o własne bezpieczeństwo najlepiej dbać samemu. Zwłaszcza Polacy, po gorzkiej lekcji Września 39 i całej II Wojny Światowej powinni o tym pamiętać.

Tuesday, November 15, 2016

Problem Islamu


Zamierzam skłonić Was do myślenia, stawiając proste pytanie - jak sobie poradzić z problemem Islamu?

Słyszymy że islamizacji europy/świata należy się przeciwstawić. Tylko jak? Polska może odpowiedzieć bardzo prosto - nie wpuszczać muzułmanów do naszego pięknego kraju i nie jest to wcale odpowiedź zła. Po co importować sobie problem, którego nie mamy? Dopóki pod naszymi granicami nie stoją przeważające islamskie siły, to dobre rozwiązanie. Ale rozwiązanie wyłącznie lokalne. Nie jest to jednak metoda skuteczna dla całego kontynentu ani tym bardziej świata, ponieważ muzułmanie już tam są. Więc co? Zdelegalizowanie islamu, zamykanie radykałów do więzień za głoszone poglądy? Deportacje niepokornych? A co z państwami islamskimi? Czy należy je odciąć kordonem a jak się będą "wychylały" bombardować?

Islam jest ideologią, a ideologii nie da się, po prostu nie da się zwalczyć siłą. Historia podaje na to masę przykładów, pozwólcie, że przytoczę kilka:

  • Rzymianie posiadali niezwyciężone legiony, potężny aparat administracyjny i wielkie pieniądze. Próbowali przy ich pomocy, stosując niezwykle brutalne i drastyczne metody zwalczyć chrześcijaństwo. Pięć wieków później rzymski cesarz przyjął chrzest a chrześcijaństwo stało się religią państwową.
  • Ludwik XVI miał najsilniejszą w europie armię i najsprawniejszą administrację a skończył na gilotynie.
  • Car Mikołaj posiadał potężne wojsko i najdoskonalszą wówczas policję polityczną, która aktywnie zwalczała dysydentów, stosując drakońskie środki. Skończył rozstrzelany przez komunistyczny pluton egzekucyjny.
  • Komuniści, sami posiadający prężną, quasi-religijną ideologię i najbardziej rozwinięty na świecie aparat przymusu oraz kontroli obywateli utracili władzę a cały system posypał się jak domek z kart. Oczywiście do jego upadku przyczyniła się klęska gospodarcza, ale również, a może nawet przede wszystkim klęska ideologiczna. Czyż Korea Północna nie jest wielokroć biedniejsza od PRL-u a komunizm trzyma się tam wyśmienicie?
Powtórzę zatem raz jeszcze - ideologii nie da się stłamsić przymusem. Wręcz przeciwnie, poddawanie ideologi opresji to jak podlewanie ogniska benzyną - roznieca żar jeszcze bardziej.




Co nam zatem pozostało? Ostateczne rozwiązanie "kwestii muzułmańskiej"? Cóż, osiągnęliśmy już taki poziom techniczny, że jest to niestety możliwe. Udowodnili to Hitler i Stalin a przecież nasze, współczesne metody są po stokroć doskonalsze. Pamiętajcie, tutaj nie możemy pozwolić sobie na żadne półśrodki. Nie będę nawet pisał, co myślę o ludziach proponujących lub popierających takie rozwiązanie.

Obawiam się, że nawet masowe deportacje wszystkich muzułmanów z krajów zachodnich nic by nie dały. Muzułmanie zaczęliby się przed czymś takim bronić (i mieliby do tego pełne prawo, łącznie z prawem moralnym), doszłoby do walk na ulicach zachodnich miast, kraje muzułmańskie być może odpowiedziałyby zachodowi wojną a nawet jeśli nie, to dziesiątki milionów obywateli tych krajów ruszyłoby na własną rękę pomagać braciom w wierze. Deportacja nastręcza też kolejny problem - jak rozpoznać muzułmanina? Po kolorze skóry, nazwisku, brodzie? Przecież niektórzy muzułmanie są biali, o europejskich nazwiskach, a brody można zgolić. Reasumując - postępując w sposób czysto konfrontacyjny, doprowadzimy do długiej i trudnej wojny, która pochłonie dziesiątki albo nawet setki milionów ofiar, głównie po tamtej stronie (świat zachodni ma w końcu ogromną przewagę militarną) ale po naszej też. Mi takie rozwiązanie nie odpowiada z przyczyn moralnych, nie chciałbym aby w imieniu moim i mojego bezpieczeństwa doszło kiedykolwiek do tak okropnych zbrodni, wiem jednak, że niektórych taki argument nie przekona ponieważ są zaślepieni nienawiścią i nie widzą w muzułmanach ludzi. Tym własnie polecam rozważenie, z pobudek czysto egoistycznych, czy naprawdę w takiej wojnie chcą wziąć udział i czy będzie to w ich interesie.




Co nam zatem pozostało? Ideologię może definitywnie pokonać tylko inna ideologia i inny system wartości a kulturę może zwalczyć wyłącznie inna kultura. Na tym polu zachód ma wiele atutów. Jest po prostu niezwykle atrakcyjny. Powszechny dobrobyt, wolność osobista, swoboda obyczajowa, poszanowanie prywatności i indywidualnych dążeń jednostki są pożądane prawie wszędzie na świecie. Jeszcze większy sukces odnosi nasza kultura, zwłaszcza popularna. Mogę się założyć, że więcej muzułmanów wie kim jest Brad Pitt czy Madonna niż kim był Ajatollah Chomeini. Więcej potrafi zanucić piosenki Katy Perry niż wyrecytować wersety Koranu. Nawet jeśli poznają wyłącznie kulturę popularną, to po niej, po pewnym czasie zawsze przychodzą zmiany społeczne i obyczajowe. Jeśli nie wierzycie, to uświadomcie sobie, że w Polsce jeszcze kilkanaście lat temu nikt nie obchodził walentynek a parada równości na początku lat 90 byłaby nie do pomyślenia (tzn. nikomu nawet nie przyszłoby do głowy ją organizować). Jestem przekonany, że radykalny islam zaczął przegrywać wojnę o "rząd dusz" z zachodem już dawno temu. Nawet w tak ortodoksyjnych krajach jak Arabia Saudyjska wspomina się na temat równouprawnienia kobiet a ostatnio w bardzo ograniczonej formie dopuszczono je w Iranie do wyborów! Dla radykalnego islamu taka westernizacja i "rozmiękczenie" to największe zagrożenie. Myślę, że widział je Osama Bin Laden i to owo zagrożenie było bezpośrednią przyczyną zamachów z 11 września. Z jednej strony był to sygnał do wszystkich zwolenników i radykałów "patrzcie jesteśmy silni, przyłączcie się do nas" ale z drugiej, przede wszystkim, zamach miał wywołać gwałtowną odpowiedź zachodu połączoną z falą nienawiści do muzułmanów i na trwałe wbić klin pomiędzy te dwie kultury. Wszystko wskazuje na to, że cel ten udało się osiągnąć. Liczba radykalnych islamistów i terrorystów rośnie z każdym rokiem. Rośnie też niechęć i nienawiść do muzułmanów na zachodzie. Jednym słowem obie strony radykalizują się coraz bardziej a przepaść pomiędzy kulturami jest wielka jak nigdy.




Zastanówcie się proszę, czemu radykalni islamiści tak chętnie zdradzają Wam swoje plany i opowiadają, że Was zmuszą do przejścia na islam, albo zabiją. Przecież zdradzają własne zamiary przeciwnikowi! Czemu terroryści dokonują zamachów w państwach zachodnich, czemu umieszczają filmiki z egzekucji w internecie, mówiąc do Was (tak, do Was, nie do swoich, używają bowiem języka angielskiego albo rosyjskiego) z taką wyższością i pogardą? Przecież nie po to, żeby Was nawrócić bądź przestraszyć. Odpowiedź jest prosta - zależy im na wywołaniu Waszej nienawiści. Myślę, że Bin Laden w zaświatach zaciera ręce z radości. Nienawiść zachodu i różne ekstremalne działania powiększają z kolei nienawiść świata muzułmańskiego. Spirala nienawiści się kręci, rozziew między kulturami rośnie a radykałowie i terroryści promienieją ze szczęścia i zyskują na znaczeniu.




George II Bush i Barrack Obama jak mantrę powtarzają, że islam to religia pokoju a oni prowadzą wojnę z terroryzmem a nie z muzułmanami. Czy myślicie, że prezydenci nie mają dostępu do informacji na temat islamu? Czy wierzycie, że wielkie agencje wywiadowcze i doradcy z profesorskimi tytułami kształtujący politykę światową wiedzą mniej niż Wy i dlatego politycy wygadują takie bzdury? A może myślicie, że to zimna kalkulacja polityczna i walka o głosy muzułmańskiego elektoratu? Może w Europie to by miało jakiś sens, ale czy ma w USA, gdzie muzułmanie stanowią 1%? Prezydent wypowiadając się w ten sposób o wiele więcej traci poparcia wśród radykalnie nastawionych i żądnych odwetu Amerykanów niż może zyskać wśród muzułmańskiej mniejszości. Wbrew zaś sondażom politycy zaś działają bardzo rzadko (zwłaszcza jeśli chodzi o słowa, które nic nie kosztują) musi być zatem naprawdę ważki powód takiego postępowania. Tezy, czasem przesadnie pojednawcze i wyważone wypowiadane są po to, aby ową samo-nakręcającą się spiralę nienawiści zatrzymać, bowiem służy ona wyłącznie radykałom i terrorystom. Oczywiście polityk nie powie tego tak otwartym tekstem bo polityka polega na tym aby przedstawiać ludziom rzeczywistość nie tak jak ona naprawdę wygląda, ale w sposób który najefektywniej prowadzi do zamierzonego celu. Dlatego słyszycie o religii pokoju, tolerancji, pomocy i przyjaźni. W gruncie rzeczy nasi przywódcy postępują obecnie sensownie i racjonalnie.





Nie twierdzę, że świat zachodu nie popełnił wielu błędów w przeszłości. Niepotrzebnie przyjmowano do Europy tylu imigrantów a już na pewno błędem było stworzenie muzułmańskich gett na zachodzie, które w dużej mierze wykreował nadmiernie rozbuchany socjal. Nierozsądnie było instalować państwo Izrael w Palestynie, zdecydowanie lepiej było choćby oddać Żydom kawałek Niemiec. Błędem wreszcie było wykorzystywanie islamskich radykałów jako oręża w zimnej wojnie pomiędzy mocarstwami, okazali się bowiem bronią obosieczną. Ale to wszystko już się wydarzyło i mamy teraz sytuację taką jaką mamy. W obecnych warunkach nasi politycy zachowują się rozsądnie. Prowadzą wojnę z terrorystami, ponieważ terrorystów nie da się już pokonać ideologicznie a poza tym stanowią ogromne zagrożenie i trzeba ich zabić a jednocześnie starają się jak mogą aby nie występować przeciwko przeciętnym muzułmanom, po to by nie przysparzać radykałom zwolenników. Radykalnych islamistów celowo nazywa się terrorystami, nie muzułmanami, często nawet pomija się ich przynależność religijną, jeśli to tylko możliwe, po to aby muzułmanie się z nimi nie utożsamiali a świat zachodni nie znienawidził islamu, bowiem to jedyny sposób aby pokonać tą hydrę o wielu łbach.

Muammar Kadafi powiedział kiedyś że islam podbije Europę bez jednego wystrzału, dzięki łonom arabskich kobiet, ale do niedawna zanosiło się na to, że to zachód "podbije" świat muzułmański dzięki Hollywood, MTV, Facebookowi, Coca-Coli, kostiumowi bikini i prezerwatywom. Ciągle jest to możliwe, trzeba jedynie wyrzec się nienawiści. Pamiętajcie, że porzucenie nienawiści nie jest wcale jednoznaczne z uległością i podporządkowaniem.

Globalne ocieplenie okiem sceptyka



Mam poglądy konserwatywno - liberalne, uważam się też za patriotę. Siłą rzeczy idea globalnego ocieplenia nie jest mi zbyt bliska. Wielokrotnie słyszałem, że to "globalna ściema" w co łatwo było mi uwierzyć, bo pasuje to do mojego światopoglądu. Z drugiej strony jestem racjonalistą i sceptykiem, którego zawsze interesowały mechanizmy (fizyczne, biologiczne, społeczne i polityczne) rządzące światem, osobą starającą się nie przyjmować niczego na wiarę. Racjonalizm właśnie każe mi ufać nauce, bo choć ta czasem się myli i można jej wynikami manipulować, to jest niewątpliwie najdoskonalszą metodą docierania do prawdy, wymyśloną przez człowieka. Postanowiłem zatem sprawdzić co na temat globalnego ocieplenia naprawdę mówią badania, aby dowiedzieć się kto próbuje robić mnie w przysłowiowego "wała". Poniżej dzielę się efektami tej analizy. 
Najpierw niepodważalne fakty (a gentlemani jak wiemy z faktami nie dyskutują):

1. Spalając paliwa kopalne i wycinając lasy człowiek produkuje dwutlenek węgla.
2. Stężenie CO2 w powietrzu znacząco rośnie, w skali bez precedensu w ciągu ostatnich kilkuset tysięcy lat (badanie rdzeni z lodowców na Antarktydzie daje dokładne, bezpośrednie wyniki składu atmosfery w przeszłości, bez żadnej granicy błędu).
3. Dwutlenek węgla jest gazem cieplarnianym. Jest przezroczysty, zatem przepuszcza promieniowanie w paśmie widzialnym (czyli ciepło ze Słońca) a zatrzymuje w paśmie podczerwonym, a zatem takim w jakim ciepło wypromieniowuje Ziemia. Te właściwości CO2 może sprawdzić w laboratorium każdy student fizyki. Wynika stąd prosta zależność, że więcej dwutlenku węgla w atmosferze oznacza wyższą temperaturę planety.
4. Bezpośrednie pomiary temperatury na świecie, prowadzone od ponad stu lat pokazują niezbicie, że temperatura ta rośnie. Nawet jeśli kwestionujemy pomiary pośrednie dla czasów wcześniejszych niż XX wiek, to bezpośrednich zakwestionować nie sposób.




Pora na wnioski:
Wniosek A - Wzrost ilości dwutlenku węgla w atmosferze spowodowany jest działalnością człowieka. Już sama zasada brzytwy Ockhama każe odrzucić inne możliwe wytłumaczenia, ale na antropogeniczność nadmiarowego CO2 są jeszcze dowody pośrednie takie jak choćby skład izotopowy węgla w atmosferycznym CO2.
Wniosek B - Wzrost stężenia CO2 powoduje wzrost temperatury. Żaden alternatywny czynnik nie tłumaczy, co dzieje się z ciepłem zatrzymywanym na ziemi przez ten gaz. Dwutlenek węgla, czy też szerzej gazy szklarniowe, najlepiej również pasuje do sposobu w jaki ziemia się nagrzewa (temperatura bardziej wzrosła w nocy niż w dzień a górne warstwy atmosfery się ochłodziły).
Wniosek C - Z wniosków A i B wynika, że za wzrost temperatury na świecie odpowiada człowiek.




A teraz garść realnych wątpliwości (o nich gentlemanom dyskutować już wolno).
1. Atmosfera to układ złożony. Wymiana ciepła nie zachodzi wyłącznie za pomocą promieniowania ale również konwekcji (mieszania). Wpływ na wartość wymuszenia radiacyjnego (czyli w uproszczeniu ilość dodatkowego ciepła otrzymywanego przez ziemię) ma więc nie tylko skład ale również budowa atmosfery. Sprawia to, że nie sposób wyliczyć tej wartości z dokładnością do 100%. Rozbieżność jest jednak niewielka, zatem rzeczywiste wymuszanie może różnić się od podawanego tylko o ułamek wartości i to w obie strony. Dokładność schematów budowy atmosfery cały czas rośnie.
2. Precyzyjnymi pomiarami temperatury dysponujemy tylko za pewien okres, co obniża dokładność budowanych modeli klimatycznych. Niepewność zmniejsza się wprowadzając dla okresów wcześniejszych niż wiek XX nieprecyzyjne pomiary pośrednie.
3. Choć bezpośrednie pomiary światowej temperatury są dokładne, nie wiemy ze 100% pewnością jak zmieniłaby się ona, gdyby nie obecność nadmiarowego CO2. Znamy inne procesy wpływające na klimat i wprowadzamy je do wzorów aby wyizolować wpływ efektu cieplarnianego, jednak wyniki siłą rzeczy nie są idealnie precyzyjne.
4. Nie jesteśmy pewni, czy poznaliśmy wszystkie inne elementy wpływające na klimat wspólnie z antropogenicznym CO2. Nic istotnego nie zostało jednak niemal na pewno przeoczone a lista czynników, a więc i dokładność modeli klimatycznych stale rośnie (również dzięki badaczom - sceptykom).
5. Elementów wpływających na klimat jest dużo i dodatkowo oddziałują one na siebie nawzajem. Na przykład wyższa temperatura oznacza wyższe parowanie czyli więcej H2O (silnego gazu szklarniowego) w powietrzu a to powoduje dalszy wzrost temperatury. Więcej pary wodnej to wyższa wilgotność atmosfery a więc i więcej chmur. Chmury odbijają promieniowanie cieplne w kierunku ziemi ale również światło słoneczne w kosmos, mają więc efekt zarówno chłodzący jak i ocieplający. Wyższa temperatura oznacza topnienie lodu i mniej śniegu, czyli większe pochłanianie promieniowania słonecznego i w efekcie ogrzanie ziemi. Ocieplenie zmienia też pionowy gradient temperatury w atmosferze. Modele teoretyczne prognozują w przyszłości redukcję spadku temperatury wraz z wysokością, co osłabi efekt cieplarniany. Cieplejsze oceany pochłoną mniej dwutlenku węgla a to z kolei wzmoże globalne ocieplenie. Całkowity efekt tych sprzężeń zwrotnych jest dodatni, czyli amplifikuje ocieplanie klimatu. Największa wątpliwość dotyczy tego jak bardzo wzmocni i jak szybko.



  
W efekcie otrzymujemy sporą niedokładność modeli klimatycznych. Dlatego jako wyniki naukowcy podają wartość uśrednioną, najbardziej prawdopodobną, z różnych możliwych. Ta nieprecyzyjność wyliczeń nie jest jednak wcale powodem do radości, bo realna temperatura za 100 lat może być wprawdzie niższa od zakładanej, ale może być też sporo wyższa. Oznacza to tyle, ze gramy w rosyjską ruletkę z przyszłością naszego gatunku.




W świecie nauki żadnej teorii nie przyjmuje się bez zastrzeżeń. Każda nowa hipoteza podlega zawsze atakowi i próbie podważenia. Naukowcy starają się udowodnić błędy i nieścisłości zarówno w metodyce badań empirycznych jak i we wnioskowaniu. Ataki są tym silniejsze im postawione tezy są bardziej rewolucyjne i im większą mają doniosłość. To bardzo pozytywna i konieczna procedura, gdyż pozwala odrzucić tezy fałszywe ale też potwierdzić prawdziwe a dodatkowo teorię rozwija i wzbogaca. Atak na hipotezę o antropogenicznym globalnym ociepleniu musiał być i zapewne był niezwykle zajadły. Mimo to do tej pory żadnemu naukowcowi nie udała się jej falsyfikacja. Teorię globalnego ocieplenia za potwierdzoną przez środowisko naukowe uważa się już od początku lat dziewięćdziesiątych. Każdą teorię można też podważać z przyczyn ideologicznych, społecznych lub finansowych. W przeszłości zdarzało się to wielokrotnie. Wystarczy wspomnieć kopernikański heliocentryzm lub teorię ewolucji. Takie ataki nie mają jednak nic wspólnego z nauką i nie chodzi w nich o fakty a jedynie o ochronę interesów konkretnych grup i o "rząd dusz". Obecne próby podważenia teorii globalnego ocieplenia mają z dociekaniem prawdy tyle wspólnego, co spalenie na stosie Giordano Bruno czy uwięzienie Galileusza.
Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE