Ostatnia Droga
Prowincjonalne, jak speszeni krewni
Czerwone kamienic lica
Ceglane
Trzymają wartę nad spękanym brukiem
Zapomnianej cieniem zlanej ulicy
Zupą czarną i gęstą skąpanej
Zdeptanej
Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku
Sennym ryneczku w małym miasteczku
Stemplowane stare domy są tu
Pocałunkiem prosto ze snów
Drzwi co skrzypią zamknął księżyca nów
Na klucz wiolinowy
Srebrny całun firanek
Sypią iskry się szklane
Świetlnym pokryta pudrem a blada
Złazi farba wiekowa zmarszczkami
Martwej, starej i spaczonej
Wpółprzymkniętej drewnianej odłazi powiece
Spływa nocny makijaż w dół okiennicy
Krok w krok spływa z żeglującym do góry księżycem
Potępieńczo i złowieszczo wyje, dmie mroźny wiatr
Całkiem rynny lód gardło cynkowe zadławił
Zwiesił mróz setki sopli ze szkła
Fortepianu zimy nastroił klawisze
obłąkańczą serenadę na soplach wicher gra
Marsz pogrzebowy, muzyka z zimnego szkła
Zasłuchane wyschnięte w nią kwiaty
Drzemiąc rzędem w donicach na parapecie
Zapomniane nie karmione, dawno one
Słowem dobrym, ciepłą troską, krzątaniną są codzienną opieką
Kożuch z pleśni smakuje zaś zsiadłe mleko
Blisko śmierć jest, życie daleko
Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie
Reumatycznie wykręcone i brązowe
Swe martwe dłonie
Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły
Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły
Językami stearyny ślinią się zgasłe znicze
I dostojną patyną tu kurz śpi na książkach
I na kuchennym rozsypana stole śpi mąka
Puste szafki jej, pudełko bez nici
Cerowała wytrwale znoszone swe życie
Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu
Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany
Atłasowa się poduszka wciska w jej chłodny policzek
Arka z śmiercią przymierza
Tuli czule dębowa już starą trumna
Jak pudełko co obejmie stare, znoszone buty
Poleciały w dół pac! pac! Ziemi grudy
Wełną mokrą w pół stopioną kapały grudniowe chmury
Pożegnał starą zmierzch szarobury
I żegnała cała ją ulica
Tak pogodna siwa była jak gołębica
Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca
Nie przemierza tu nikt
Nie budzi skrzypiącej podłogi
I nie mieszka w starym mieszkaniu
Obcy wnukom tak nieznany jest dom
Zapomniały dorosłe dom dzieci
Oni wszyscy jak proste są nie przyległe
Dawno na boki w dal są linie rozbiegłe
Na pielgrzymce od dekad się wloką pątnicy
I dekady pączkują w ciszy gwarnej odległej Stolicy
A drogimi przyjechali wszyscy bliscy autami
One piękne, oni modni
I szykownych czarnych noszą się ciuchach
Markowych
Oni i one, cienie znużone
Ich twarze ziemiste źrenice ich mgliste
Mleczny błękit na nie rozlał wieczór z ekranów
Ze smartfonów miękki błękit w miękkiej rozlał śnieżycy
Pomodlili więc się cichutko
Znalezioną w sieci modlitwą krótką
0bce ptaki nadleciałe ze Stolicy
Pokutnicy, żałobnicy, bezbożnicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę
Dzisiaj wiatr płacze szkłem
A tu w ciemnym salonie
Po środku na ścianie płonie
Chrystus w koronie
Płonie w koronie cierniowej!
Nad wejściem płonie Chrystus w koronie
Serce świeci malowanym mu bólem
Twarz jakby znana
Patrzy, wzrokiem, śledzi wszystko zza szkła
Z góry mierzył odwiedzających
I się uśmiechał jakby niechcący
Zegar zaś martwy u boku stoi
I cykiem rytmicznym swoim
W pół przerwanym trupiej nie mąci ciszy
I widział każdy, mrugały gwiazdy
Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył
Śnieg w dół cichutko, wstydliwie prószył
Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz
Z operacji na wieczności blizna to zimnego cielska
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie
Śnieg padał biały, oczy płakały
Miesiąc roni rtęci także trzy krople
Srebrne łezki na martwym lśnią oknie
Twarz dziobata, powiatowa łzy roni księżyca
Było wszystko to co było
Życie zaś się tylk0 przyśniło
Śniło się tylk0 kruche t0 życie
Bogu wiek prawie temu zgasłe życie się śniło
Krzyk donośny oznajmiał wyciem
Narodziny o świcie
Ziemia zimna zwłoki pożera już skrycie
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople
Srebrne łezki na martwym lśnią oknie
Pospolita twarz dziobata
Powiatowa żółta buzia księżyca
Akordami w rytm bezgłośnie płakała, kapała
Ze lśnienia ...
Melancholia z mrozem w cztery ręce
Na klawiszach z sopli jej cicho grała
Cienia kołdrą okryta ulica w tle sennie do wtóru ziewała
Przy niewielkim ryneczku
Bowiem było już wszystko co już było
Życie zaś się tylko przyśniło
Śniło tylko bledziutkie się życie...
Warszawa 26.02.2025
Ostatnia Droga (Z Prowincji Do Boga)
Prowincjonalne, jak speszeni krewni
Czerwone kamienic lica
Ceglane
Trzymają wartę nad spękanym brukiem
Przy zapomnianej zlanej cieniem
Zupą czarną i gęstą skąpanej ulicy
Wydeptanej
Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku
Sennym ryneczku w małym miasteczku
Stemplowane domy są tu pocałunkiem ze snów
Drzwi z drewna zamknął księżyca nów
Na klucz wiolinowy
Srebrny całun firanek
Sypią iskry się szklane
Kryta świetlnym pudrem farba
Złazi blada zmarszczkami
Spływa nocny makijaż w dół z okiennicy
Potępieńczo zbłąkany wiatr wyje
Lód rynny całkiem gardło zadławił
Zwiesił sopli setek fortepianu klawiszy
Wyschnięte kwiaty sterczą w donicach na parapecie
Nie karmione, już dawno z konewki
Słowem dobrym, ciepłą troską, codzienną opieką
Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie
Reumatycznie skręcone, martwe, brązowe swe dłonie
Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły
Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły
Stearyny zastygłej językami ślinią się zgasłe znicze
Dostojną patyną kurz śpi na książkach
I na kuchennym stole rozsypsana śpi mąka
Puste szafki jej i pudełko bez nici
Od dawna cerowała wytrwale znoszone swe życie
Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu
Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany
Atłasową odciska poduszkę jej zimny policzek
Arka przymierza z śmiercią dębowa gości ją trumna
Pudełko na stare buty
Pofruneły w dół pac! pac! ziemi grudy
Wełną mokrą w pół stopioną grudniowe płakały jej chmury
Pożegnał staruszkę dzień szarobury
Żegnała cała ją wczoraj ulica
Pogodnie żyła wszak stara ta gołębica
Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca
Nie przemierza nikt skrzypiącej podłogi
Nie mieszka nikt w starym tym domu
Obcy wnukom nieznany jest on
Zapomniały dorosłe go jej dzieci
Oni wszyscy jak proste są nie przyległe
Dawno na boki w dal linie rozbiegłe
Na pielgrzymce od dekad się wloką Pątnicy
I pączkują od lat w ciszy gwarnej odległej Stolicy
Tu drogimi przyjechali wszyscy autami
One piękne, oni modni
W tak szykownych czarnych noszą się ciuchach
Oni i one, cienie to znużone
Twarze ziemiste ich źrenice mgliste
Mleczny błękit wylał się na nie z ekranów
Ze smartfonów miękki w śnieżycy
Pomodlili więc się cichutko
Żałobnicy przybyli aż ze stolicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę
A tu w ciemnym salonie
W środku na ścianie płonie
Chrystus w koronie
Płonie cierniowej
Nad wejściem płonie Chrystus w koronie
Serce świeci malowanym mu bólem
Twarz jakby znana
Patrzy, wzrokiem śledzi wszystko zza szkła
Z góry mierzył bliskich dom zwiedzających
I się uśmiechał jakby niechcący
Zegar zaś stoi
I cykiem rytmicznym swoim
W pół przerwanym nie mąci trupiej ciszy
I widział każdy, mrugały gwiazdy
Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył
Zaś śnieg w dół cicho pruszył
Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie
Śnieg padał biały a oczy płakały
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople
Srebrne łezki na martwym lśnią oknie
Pospolita twarz dziobata, powiatowa księżyca
Promykami lśnienia w rytm płakała, kapała
Melancholia z mrozem jej w cztery ręce
Na klawiszach z sopli cich0 zagrała
Cienia okryta kołdrą ulica w tle sennie d0 wt0ru ziewała
Przy niewielkim ryneczku
Bowiem było już wszystko co było
Życie zaś się tylko przyśniło
Śniło tylko bledziutkie się życie...
Bogu w zeszłym niemodnym, przedawnionym stuleciu
Nowe życie kiełkujące się przypadkiem Stwórcy wyśniło
Krzyk donośny dziecięcy co oznajmiał niezbicie
Narodziny wieki temu o świcie
Ziemia zimna, zapomnienie dziś zwłoki pożera i chciwie i skrycie
Takie tam nie znaczące zwyczajne wygasło życie
Warszawa 26.02.2025