Tuesday, February 25, 2025

Ostatnia Droga

Ostatnia Droga
Prowincjonalne, jak speszeni krewni Czerwone kamienic lica Ceglane Trzymają wartę nad spękanym brukiem Zapomnianej cieniem zlanej ulicy Zupą czarną i gęstą skąpanej Zdeptanej Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku Sennym ryneczku w małym miasteczku Stemplowane stare domy są tu Pocałunkiem prosto ze snów Drzwi co skrzypią zamknął księżyca nów Na klucz wiolinowy Srebrny całun firanek Sypią iskry się szklane Świetlnym pokryta pudrem a blada
Złazi farba wiekowa zmarszczkami Martwej, starej i spaczonej Wpółprzymkniętej drewnianej odłazi powiece
Spływa nocny makijaż w dół okiennicy Krok w krok spływa z żeglującym do góry księżycem
Potępieńczo i złowieszczo wyje, dmie mroźny wiatr
Całkiem rynny lód gardło cynkowe zadławił
Zwiesił mróz setki sopli ze szkła Fortepianu zimy nastroił klawisze
obłąkańczą serenadę na soplach wicher gra Marsz pogrzebowy, muzyka z zimnego szkła Zasłuchane wyschnięte w nią kwiaty Drzemiąc rzędem w donicach na parapecie Zapomniane nie karmione, dawno one Słowem dobrym, ciepłą troską, krzątaniną są codzienną opieką Kożuch z pleśni smakuje zaś zsiadłe mleko Blisko śmierć jest, życie daleko Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie Reumatycznie wykręcone i brązowe Swe martwe dłonie Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły Językami stearyny ślinią się zgasłe znicze I dostojną patyną tu kurz śpi na książkach I na kuchennym rozsypana stole śpi mąka
Puste szafki jej, pudełko bez nici Cerowała wytrwale znoszone swe życie Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany Atłasowa się poduszka wciska w jej chłodny policzek Arka z śmiercią przymierza Tuli czule dębowa już starą trumna Jak pudełko co obejmie stare, znoszone buty Poleciały w dół pac! pac! Ziemi grudy Wełną mokrą w pół stopioną kapały grudniowe chmury
Pożegnał starą zmierzch szarobury I żegnała cała ją ulica Tak pogodna siwa była jak gołębica Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca Nie przemierza tu nikt Nie budzi skrzypiącej podłogi I nie mieszka w starym mieszkaniu Obcy wnukom tak nieznany jest dom Zapomniały dorosłe dom dzieci Oni wszyscy jak proste są nie przyległe Dawno na boki w dal są linie rozbiegłe Na pielgrzymce od dekad się wloką pątnicy I dekady pączkują w ciszy gwarnej odległej Stolicy A drogimi przyjechali wszyscy bliscy autami One piękne, oni modni I szykownych czarnych noszą się ciuchach Markowych Oni i one, cienie znużone Ich twarze ziemiste źrenice ich mgliste Mleczny błękit na nie rozlał wieczór z ekranów
Ze smartfonów miękki błękit w miękkiej rozlał śnieżycy Pomodlili więc się cichutko Znalezioną w sieci modlitwą krótką 0bce ptaki nadleciałe ze Stolicy Pokutnicy, żałobnicy, bezbożnicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę Dzisiaj wiatr płacze szkłem A tu w ciemnym salonie Po środku na ścianie płonie Chrystus w koronie Płonie w koronie cierniowej! Nad wejściem płonie Chrystus w koronie Serce świeci malowanym mu bólem Twarz jakby znana Patrzy, wzrokiem, śledzi wszystko zza szkła Z góry mierzył odwiedzających I się uśmiechał jakby niechcący Zegar zaś martwy u boku stoi
I cykiem rytmicznym swoim W pół przerwanym trupiej nie mąci ciszy I widział każdy, mrugały gwiazdy Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył Śnieg w dół cichutko, wstydliwie prószył Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz Z operacji na wieczności blizna to zimnego cielska
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie Śnieg padał biały, oczy płakały
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Pospolita twarz dziobata Powiatowa żółta buzia księżyca Akordami w rytm bezgłośnie płakała, kapała Ze lśnienia ... Melancholia z mrozem w cztery ręce Na klawiszach z sopli jej cicho grała Cienia kołdrą okryta ulica w tle sennie do wtóru ziewała Przy niewielkim ryneczku Bowiem było już wszystko co już było Życie zaś się tylko przyśniło Śniło tylko bledziutkie się życie...
Miesiąc roni rtęci także trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Twarz dziobata, powiatowa łzy roni księżyca Było wszystko to co było Życie zaś się tylk0 przyśniło Śniło się tylk0 kruche t0 życie Bogu wiek prawie temu zgasłe życie się śniło Krzyk donośny oznajmiał wyciem Narodziny o świcie Ziemia zimna zwłoki pożera już skrycie

Warszawa 26.02.2025
Ostatnia Droga (Z Prowincji Do Boga)

Prowincjonalne, jak speszeni krewni
Czerwone kamienic lica
Ceglane
Trzymają wartę nad spękanym brukiem
Przy zapomnianej zlanej cieniem
Zupą czarną i gęstą skąpanej ulicy
Wydeptanej
Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku
Sennym ryneczku w małym miasteczku
Stemplowane domy są tu pocałunkiem ze snów
Drzwi z drewna zamknął księżyca nów
Na klucz wiolinowy
Srebrny całun firanek
Sypią iskry się szklane
Kryta świetlnym pudrem farba
Złazi blada zmarszczkami
Spływa nocny makijaż w dół z okiennicy
Potępieńczo zbłąkany wiatr wyje
Lód rynny całkiem gardło zadławił
Zwiesił sopli setek fortepianu klawiszy
Wyschnięte kwiaty sterczą w donicach na parapecie
Nie karmione, już dawno z konewki
Słowem dobrym, ciepłą troską, codzienną opieką
Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie
Reumatycznie skręcone, martwe, brązowe swe dłonie
Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły
Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły
Stearyny zastygłej językami ślinią się zgasłe znicze
Dostojną patyną kurz śpi na książkach
I na kuchennym stole rozsypsana śpi mąka
Puste szafki jej i pudełko bez nici
Od dawna cerowała wytrwale znoszone swe życie
Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu
Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany
Atłasową odciska poduszkę jej zimny policzek
Arka przymierza z śmiercią dębowa gości ją trumna
Pudełko na stare buty
Pofruneły w dół pac! pac! ziemi grudy
Wełną mokrą w pół stopioną grudniowe płakały jej chmury
Pożegnał staruszkę dzień szarobury
Żegnała cała ją wczoraj ulica
Pogodnie żyła wszak stara ta gołębica
Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca
Nie przemierza nikt skrzypiącej podłogi
Nie mieszka nikt w starym tym domu
Obcy wnukom nieznany jest on
Zapomniały dorosłe go jej dzieci
Oni wszyscy jak proste są nie przyległe
Dawno na boki w dal linie rozbiegłe
Na pielgrzymce od dekad się wloką Pątnicy
I pączkują od lat w ciszy gwarnej odległej Stolicy
Tu drogimi przyjechali wszyscy autami
One piękne, oni modni
W tak szykownych czarnych noszą się ciuchach
Oni i one, cienie to znużone
Twarze ziemiste ich źrenice mgliste
Mleczny błękit wylał się na nie z ekranów
Ze smartfonów miękki w śnieżycy
Pomodlili więc się cichutko
Żałobnicy przybyli aż ze stolicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę
A tu w ciemnym salonie
W środku na ścianie płonie
Chrystus w koronie
Płonie cierniowej
Nad wejściem płonie Chrystus w koronie
Serce świeci malowanym mu bólem
Twarz jakby znana
Patrzy, wzrokiem śledzi wszystko zza szkła
Z góry mierzył bliskich dom zwiedzających
I się uśmiechał jakby niechcący
Zegar zaś stoi
I cykiem rytmicznym swoim
W pół przerwanym nie mąci trupiej ciszy
I widział każdy, mrugały gwiazdy
Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył
Zaś śnieg w dół cicho pruszył
Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie
Śnieg padał biały a oczy płakały
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Pospolita twarz dziobata, powiatowa księżyca Promykami lśnienia w rytm płakała, kapała Melancholia z mrozem jej w cztery ręce Na klawiszach z sopli cich0 zagrała
Cienia okryta kołdrą ulica w tle sennie d0 wt0ru ziewała
Przy niewielkim ryneczku Bowiem było już wszystko co było Życie zaś się tylko przyśniło Śniło tylko bledziutkie się życie...
Bogu w zeszłym niemodnym, przedawnionym stuleciu Nowe życie kiełkujące się przypadkiem Stwórcy wyśniło Krzyk donośny dziecięcy co oznajmiał niezbicie Narodziny wieki temu o świcie Ziemia zimna, zapomnienie dziś zwłoki pożera i chciwie i skrycie Takie tam nie znaczące zwyczajne wygasło życie
Warszawa 26.02.2025
Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE