Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki
Wszyscy są warci wawrzynu z warzyw
Z zupy co diabeł sam ją uwarzył
Gotował w rogu, krzywym na progu
W dziewiątym kręgu, na zgubę Bogu!
Wagę do tego, przywiązał dużą
Się złemu w piekle, niedziele dłużą
Kładł na tej wadze dusze na szale
Już mu niezbędna nie była wcale
Przy telewizji więc śniadaniowej
Z dwóch krzywych rogów obrał on krowę
Co to ją porwał, przed trzema dniami
Gdy kręcąc mordą, ta się minami
Pasła miast trawą, zimą na polu
Nie w Krzywym Rogu a w Tarnopolu
Konkretnie we wsi pod Tarnopolem
Rozminowując przy tym przedszkole
Taka to była mućka bombowa
Bojowa krowa, Stanisławowa
Zupa musiała wyjść wystrzałowa
Gdy w krowim rogu wywar gotował
Zamiast marchewek, dał Iskandery
Nie jeden, dwa nie, nie trzy, lecz cztery
A w miejsce kminku, z konopii ziele
Chciał aby goście, mieli wesele
Wrzucił kartofle i wsypał mąkę
Na którą w nocy przemielił stonkę
Dodał cebulę, seler, pietruszkę
Na pieprz utartą Tse-Tse muszkę
I dolał wody, rozpalił ogień
Płomień co płonie we mnie i w Tobie
W lewo okrążył trzy razy, za tym
Zamieszał chochlą z lufy armaty
Teraz częstuje nią literatów
By im oczyścić myśli z miazmatów
I utrzeć nosy im ciut zadarte
Bo ci bezczelnie słowem na kartę
Plują jak dzieci manną kaszką
Twierdząc że wiersze traktują ważko
Więc niech się teraz któryś poważy
Ważyć na wadze z wawrzynem z warzyw!
Warszawa 24.02.2025
Blog na którym zamieszczam teksty przedstawiające świat z punktu widzenia racjonalisty... Racjonalisty o duszy poety ;-)
Sunday, February 23, 2025
Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki
Ha!
Ha!
Ha! Rzeczywistość źródłem nonsensu
Zupa cedzona przez źrenic sita
Myśl na sto metrów między uszami
Ściga na przełaj się z emocjami
W klaserze mości ze wspomnieniami
Półkule wchodzą z sobą w konsensus
ID lisia ego łaskocze kita
Absurdu przypływ na gałki oczne
Światła księżyca cień już za oknem
Wpłynął galeon z żaglem srebrzystym
Na oceanu wody snów mgliste
Rafy koszmarów mija, mielizny
Ślepy go wiedzie los krzywym torem
Duch dnia przeszłego nawigatorem
Szarpią świadomość hien czarnych zmory
Mentalne rzeźbiąc na duszy blizny
W pościeli skacze ciało jak korek
Trzepoczą dłoni wiosła, na czole
Szlachetną rosą skrapla się pot
Łoskocze w żyłach kowalski młot
Między sklepieniem czaszki, skroniami
Trwa morska bitwa, z dział, symbolami
Wprost w osobowość walą okręty
Jak kruki kłębią się dymu męty
Lecz świtu widać już brzeg zaklęty
Rośnie las masztów, martwych drzew ściętych
Nocy poprzednich parkują wraki
Przez białą kołdrę wiodły ich szlaki
W ładowniach wiozły poranek złoty
Nagle zbudzony plączę sie, plotę
Światło niebieskie w tęczówki wali
Szare jak granit, jak z szarej stali
Dnia absurdalna nierzeczywistość
Gładzi, układa w porządku myśli
Dłoń zbiera razem do kupy włosy
Z czoła zagarniam srebrzystą rosę
Po ścieżce biegnąć, po ostrzu kosy
Przez zboża kłosy w mrok nowej nocy
Warszawa 23.02.2025
Tu Mieszka Koniec
Tu Mieszka Koniec
Czy koniec świata
Za szybą mglistą
Jeśli pokryje
Czarne źrenice
Zliczysz w oddechach
Go swoich wszystkich
Kiedy ostatni
oddech naliczysz
Może napotkasz
Go w zbiorze pustym
Jak przekonują
martwi logicy
Teoria kreśli
go mnogości
Dziura w matematycznej
ciągłości
Zero, artefakt wredny obliczeń?
Leży za zdarzeń
on horyzontem
W osobliwości
czarnej dziury?
Dojdzie tam każdy
pielgrzym odważny
Radioaktywne
przebiwszy chmury
Zaś kosmologia
dowody ma
Promieniowanie
go skrywa tła
Filozoficzny
Tka się sam wątek
Jednym jest koniec
i początek
Krawędź przycięta
W Wielkim Wybuchu
Nosi ją wszechświat
Wrzód w tłustym brzuchu
Biały Szum
Myśli Stworzenia zorze
Na rozstrojonym telewizorze
Tak szepczesz do nas
Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw
posłuchać może
Najdoskonalszy rym
z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia
Rozległy korzeń
Wiersz który pieści
ucho i oko
Dojrzany nisko
tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany
Nie na ambonie
Wprost z kineskopu
Modlitwa płonie
Na nieskończoność
mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć
w treści losowej!
A może koniec
jest świata tam
Gdzie nie dobieży
giętka myśl
Zaświadczy każdy
o końcu nam
W wiatru podmuchach
tańczący liść
I tylne światła,
wzruszeń łykanie
Ręka co macha
na pożegnanie
Przemarzłe krzesła
na pustym ganku
Ślad namiętności
dawnej kochanków
I na policzku
niestarta łza
Raniący zimny
okruch szkła
Puste ech pełne
kiedyś mieszkanie
Samotnie żute
rankiem śniadanie
W koszu z bielizną
śpi brudne pranie
Ty końcem świata
jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał
jeść na śniadanie
Ty napełniałaś
echem mieszkanie
Do czysta prałas
ty brudne pranie
Już przytuliłaś
na niespotkanie
Stukot pociągu
kół na rozstanie
Jeszcze perfumy
czuć twoje tanie
W światła schwytany
Jak z lasu Daniel
Na szczotce został
blond jeden włos
Oczy czerwone mam
Cieknący nos
Szminki stempelek
Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad
Ciała łóżku
W lustrze w łazience
powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach
odbita marzeń
Teraz rozumiem
szukałem wszędzie
Innego końca świata
nie będzie
Innego końca świata
nie będzie
Tu Mieszka Koniec
Czy koniec świata za szybą mglistą
Jeśli pokryje czarne źrenice?
Zliczysz w oddechach go swoich wszystkich
Kiedy ostatni oddech naliczysz?
Może napotkasz go w zbiorze pustym
Jak przekonują martwi logicy?
Teoria kreśli go mnogości
Dziura w matematycznej ciągłości
Zero, artefakt wredny obliczeń!
Leży za zdarzeń on horyzontem
W osobliwości Czarnej Dziury?
Dojdzie tam każdy pielgrzym odważny
Radioaktywne przebiwszy chmury...
Zaś kosmologia dowody ma
Promieniowanie go skrywa Tła
Filozoficzny wrzucam tu wątek
Jednym jest koniec, jednym początek!
Krawędź przycięta w Wielkim Wybuchu
Nosi ją Wszechświat wrzód w tłustym brzuchu
Biały Szum, Myśli Stworzenia zorze
Na rozstrojonym telewizorze
Tak szepczesz do nas Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw posłuchać może
Najdoskonalszy rym z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia rozległy korzeń
Wiersz który pieści ucho i oko
Dojrzany nisko, tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany, nie na ambonie
Wprost z kineskopu modlitwa płonie...
Na nieskończoność mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć w treści losowej!
A może koniec jest świata tam
Gdzie nie dobieży giętka myśl?
Zaświadczy każdy o końcu nam
W wiatru podmuchach tańczący liść
I tylne światła, wzruszeń łykanie
Ręka co macha na pożegnanie
Przemarzłe krzesła na pustym ganku
Ślad namiętności dawnej kochanków
I na policzku niestarta łza
Raniący, zimny okruch szkła
Puste ech pełne kiedyś mieszkanie
Samotnie żute rankiem śniadanie
W koszu z bielizną śpi brudne pranie
Ty końcem świata jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał mieć na śniadanie
Ty napełniałaś gwarem mieszkanie
Do czysta prałaś ty brudne pranie
Już przytuliłaś na niespotkanie
Stukot pociągu kół na rozstanie
Jeszcze perfumy czuć twoje tanie
W światła schwytany jak z lasu Daniel
Tylne przekrwione tęczówki biesów
Mgła roztopiła lampy ekspresu
Dworcowy głośnik obwieszczał krzykiem
Że cię nie ujrzę, staję się nikim!
Na szczotce został blond jeden włos
Oczy czerwone mam cieknący nos
Szminki stempelek, Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad ciała łóżku
W lustrze w łazience powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach odbita marzeń
Teraz rozumiem, szukałem wszędzie
Innego końca świata nie będzie...
Innego końca świata nie będzie!
Warszawa 23.02.2025