Rynsztokowa Ballada
Życie, życie, życie, życie
Warte wiele, czyli nic
W uszach słyszysz serca bicie
W gardle jeszcze drzemie krzyk!
Czemu kurwa ciebie nie ma!
Znów chodnikiem chodzę sam
Czemu ciebie szukam wzrokiem
W cieniach kamienicznych bram?
Każdy kwiatek był dla Ciebie
Promyk słońca każdy był
Gdy żyliśmy w własnym niebie
Obsypani w gwiezdny pył
Normalnie za cztery zero
Gwiazd podarek w srebrze spał
Ty nosiłaś go w staniku
W razie interwencji pał
A ogromne miałaś piersi
Obu życzę powodzenia
Ja wolałem zawsze mniejsze
Dziś wiem, jest to bez znaczenia
Ważne razem jest leżenie
W tamtym łóżku, z jednym kocem
Tamto ciasne przytulenie
A w tle House o trzeciej w nocy
Głupie to przekomarzanie
Szyfr co tylko nasz był własny
I maślane twe spojrzenie
Oczy, zapalone gwiazdy
Gdyby jakiś przypał był
Ja za ciebie a ty za mnie
Byłaś niczym groźna lwica
Co poluje na sawannie
Nic nie boli tak jak miłość
Nic nie boli mocno tak
To co było, to już było
A perspektyw ciągle brak
Jakie niby perspektywy?
Kieszeń pusta a ryj krzywy
Krzywa droga, krzywa noga
Blizny od samego Boga
Choć nie chodzę już o kulach
Dużo łatwiej się przytulać
Ale po co przytulanie
Taplanie się na tapczanie
Gdy głęboko zieje dziura
Jak wyrwana górna szóstka
Krwawą jamę język drażni
Blizny, pod bliznami pustka
Stałe zęby nie odrosną
Kwiatek zwiądł w toksycznej ziemi
Kwaśny deszcz już nas rozpuścił
Rozpuściły się marzenia
Spłynął potok słonej wody
Łzy wymyły kurz złudzenia
I porwały przy okazji
Pełne kolorów wspomnienia
Śpiewu ptaków już nie słyszę
I tonę w mięciutką ciszę
W lustrze w źrenic pustych studni
Łoskot ciszy echem dudni
Do widzenia, żegnaj, nara!
Wspominam cię raz ostatni
Tobie życzę wytrwałości
W wychodzeniu z białej matni
Prostej drogi, lekkich butów
I odległych horyzontów
Brzytwą ostrą bądź jak zawsze
Nie daj stawiać się do kąta
Już nie modlę się byś zdechła
Czas na grzechów odpuszczenie
Bądź jak zasuszony płatek
W pamiętniku, bądź westchnieniem
Warszawa 22.02.2025