Saturday, January 7, 2023

Ostatni

ytuj
Dodaj zdjęcia/filmy

Życzenia rodzinie Anno Domini 2023

Jesteśmy wszyscy tu świętować

Zdarzenie sprzed wieków wielu

Nadejście Pana którego ciało 

ofiarowane jest co niedzielę

Życzę Wam wiarę w niego dochować


Pan plastrem czystym jest na rany

Te które każdy ma otwarte

On pocieszeniem jest strapionych

Przy każdym trzyma wieczną wartę


Zawsze podtrzyma cię za ramię

Wysłucha wszystkich grzechów twoich

Ale nie powie o nich mamie

Ze studni ulgi cię napoi


On nie rozróżnia, nie rozdziela

Każdemu uśmiech śle, dłoń poda

I czarnym, gejom i narkomanom

I ateistom, którzy nie chcą Boga

Matkom co miłość dają swą całą

Dzieciom co wyrwać chcą się z pęt

I tym oplutym co, za nic ich mają

Twardym grzesznikom i łotrom wielkim


Żonom co mężów dręczą i tłamszą

Mężom co trudno z nimi wytrzymać

Małym i dużym, młodym i starym

Niech jednym będzie nasza rodzina


Nie odrzucajmy daru Chrystusa

W opłatku skryte jest pojednanie

By jednak miłość wlać w swe naczynie

Zawsze konieczne jest działanie


Radujmy Pana, kochajmy siebie

Choćby i trudną lecz miłością

Ogrzejemy dziecię niby siankiem 

Tego spotkania czystą radością


Posklejać trzeba co stłuczone

Poszywać wszystko co się spruło

Naprawić żłobek co złamany

Nich przez nas Bóg poczuje czułość


Niechaj maleństwo już nie płacze

Wam też nie życzę więcej łez

Zawsze przychodzi oczyszczenie

Khatarsis pachnie jak świeży bez

Kielich

Kielich


Słoneczko nie świeci ni księżyc też

Z chmur szaroburych szary pada deszcz

Z lewej na prawą wiatr chmury gania

To Pan na niebie pisze równania

Skłębione, światłem przypudrowane

Nieoczywiste mówi kazania

Tylko wybrani są do odczytania 

Słowa tak wzniosłe aż pęka bania

Czemu mi Boże czosnek poryłeś?

Czemu wrażliwym mnie uczyniłeś?

Czemu czytania mnie nauczyłeś?

Zabierz ten kielich, Ty go nie piłeś!

Piołunem czystym mnie napoiłeś 

Na bicze głupców mnie wystawiłeś

Koronę z cierni mi nałożyłeś

Z pustki w istnienie skoczyć zmusiłeś 

Krzyż na ramiona posadowiłeś 

Zboczem Golgoty poprowadziłeś 

Ja nie uniosę tego ciężaru

Daj mi skosztować choć z pucharu

Czystego wina kropel kilka

Nie każ barankiem być gdzie wilki

Zdejmij ten ciężar, bolą ramiona

Bądź blisko mnie, gdy syn Twój kona

Żegna ze światem się zepsutym

Bosego mnie Panie odziej w buty

Wyzwól od plucia i od wstydu

Pozwól mi spocząć z gwiezdnego pyłu

Z czystego światła w gnieździe uwitym

Nich pamiętają chociaż do świtu

Wednesday, June 16, 2021

Odeszłaś II

Odeszłaś II

Czemu tak bardzo, bardzo boli
To co nie miało boleć wcale
Nawlekam mój ból na zimną żyłkę
Jak cenne zbieram go korale
Gdyby to "żegnaj" tak nie rwało
Miłość nie miała by znaczenia
W dupie znaczenie mam miłości
Rozpacz mnie łupie do samych kości
Boli że ciągle dźwiga mnie ziemia
I w ciemnym znikam, brudnym kanale
Łzą chcę po twym policzku spłynąć
Pragnę cię chlebem karmić czarnym
Zamiast promyczka słońca przychylić
Niebo co czarne jak me myśli czarne
To wcale przecież miało nie boleć
I rzucić miałem cię jak skarpetki
Z ulgą, bez żalu, znoszone, stare
Tak się gra w życie, rosyjską ruletkę
Coś mi tam w głowie uczyniła
Ty jędzo, wiedźmo, czarownico
Łzy wypełniają, zalewają oczy
Krzywiony bólem mam policzek
Chcę cię zapomnieć, nie pamiętać
Nie chcę by do krwi kłuło mocno
A znowu dojrzeć czyste, jasne niebo
Przez świeżo, szeroko uchylone okno
Nie chcę cię, nie dla ciał jedności
Twojej znów rzeźbić miłością twarzy
Niech zapamiętam cię suką wściekłą
Zabij tą miłość w pożegnalnym darze
Lepiej będzie z tamtym co wymyśli Tobie
Zaplanuje ci życie, troską otoczy stałą
Świat mi nie leży, ja światu bardziej
Żarłocznie pragnę zapomnieć mą małą
Uwolnij wreszcie, błagam mnie od siebie
W grobie tylko znajdę spokój święty
Niech tylko złe zostaną wspomnienia
Czarne odmęty, w nich spienione męty
Znieść tego nie chcę, nie mogę wcale
Nie będę płynął, ja odmawiam
Chcę przestać ruszać nogami, rękami
Na dnie już wolę leżeć mulistym
Z żywym mi mięsem wyrwałaś rany
Wiem, że nie cenisz moich wierszy
Wiem że i tego też nie docenisz
Zawsze wolałaś gruby portfel typów
Co to jak szmatą wytrą tobą ziemię
Już więcej pisać nie potrafię
Za ciemno i za bardzo boli
Jedno na koniec jeszcze wyznam
Naprawdę istnieć nie mam woli
Kłamałem, że mnie to pierdoli


Monday, November 23, 2020

To Ja

To Ja

Cicho staw wysechł, umarły szuwary
Choć się bezkresnym zdawał oceanem
Niektórzy znają tylko smutek, ciemność
I krew i rany cęgami szarpane

Wrogom najgorszym tego nie pożyczę
Co los sam, troskliwie mi przynosi w darze
Groteską czystą naznaczone życie 
Tragedią, bólem, szyte z pustych marzeń

Bożą zabawką jestem, lecz zepsutą
Druty sterczą, wystają na lewo i prawo 
Sprężyny, tryby z napędu przepadły
Żałosna konstrukcja zużyta zabawą

Rażony trup młotem mej własnej głupoty
Ja, truchło, świadectwo swych zachłannych gonitw
Zniszczony pogonią za zgubnym pragnieniem
By zgubić sam siebie, wstyd i ból zapomnieć! 

A jednak pamiętam nieudane święta 
Leżał strach na stole na miejscu opłatka
Ojciec, wtedy wypił truciznę przeklętą 
Za jego śmierć winę wziąłem na łopatki

Za śmierć jego winę wraz z rozpaczą niosłem
Dziesięć lat i oczy, szare łzami sprane 
Ja trumny ojcowej kurczowo chwycony
A kondukt przecinał wpół pochmurny ranek 

Dlaczego umarłeś i nie ma cię obok? 
Zamiast dzieci, żony miałeś swoją wódkę
Czemu życia nasze piętnowane strachem 
Na dokładkę ostrym przeorałeś smutkiem? 

Po co stęplowałeś mi czoło rozpaczą? 
Czemu moją rękę łatwo tak puściłeś? 
Zapach na ubraniach zostawiłeś tylko 
Mężczyzną mi pomóc zostać nie zdążyłeś

I odtąd podszyte kompleksami, liche
Na zgarbione plecy zarzucałem płaszcze 
Pragnąłem zapomnieć, zamiast patrzeć w lustro
W koszmarną, szczerzącą wprost się we mnie paszczę 

Nienawiści większej i pogardy większej 
Nie wyhodowałem nigdy do nikogo 
Niż do bytu który poruszał mi ręce 
I chciał rozpaczliwie zaprzestać być sobą 

I żywię się gorzkim wstydem i palącym
Nienawidzę, gardzę uciekam od siebie 
I boję się świata, staję niewidzialny
A jak nikt potrafię sztuczne tworzyć nieba

Nie zasłużę na nic, nie jestem wart więcej 
Niż pogardy, litość to moja zapłata 
I gotowy jestem zacierając ręce
Za grosz akceptacji ścierką być i szmatą

To słowa o wojnie mojej by zapomnieć, 
Wielokroć przegranej obolałym świtem
O upadku z euforii zdobytego szczytu 
W otchłań w rozpostarte przestrzenie niebytu

Malowane rozpaczą, wyścielone ciszą 
Wyżłobione bólem, śmierć tu towarzyszem

Za cenę poznania tego co wysoko
Własnoręcznie Odyn wyłupił swe oko
A ja odkrywając sekretne rozkosze
Wyrzuciłem całe życie wprost do kosza

Wszystko najważniejsze, zamienione w śmieci
Miłość, przyjaźń, codzienność, zdrowie, niemal życie 
By znów stać się, by istnieć, pięć lat tkane z cierpień 
Mozolny, długi powrót w koleiny bycia

Trajektorię zmienić w boskiej nie w mej mocy
Nadal śmierć smakuję z największą rozkoszą
Po cichu, kawałkiem, rozpływam się, znikam
Blady okruch raju, motyl wprost do nosa

Co mi w latach dziecinnych podarował ojciec
Bliskim daję, za miłość zsyłam rany, męki
Kolejne swe porażki do klasera wkładam
Śmierci, zimnej kochanki nie odtrącam ręki

Ponury, jesienny bezkres nad dachami
Niech przyjmie wyznania, co krojone z mroku
Choć litości dla mnie nie miały niebiosa
Zapłacze nad mym losem, deszczem chmury oko

Unieś Głowę!

Unieś Głowę!

Więzieni w klatach ze sztucznego światła 
Niezdolni dostrzec cudu nad głowami
A on tam błyska, od zawsze nas woła 
Jesteśmy wszyscy dziećmi pod gwiazdami 
Niby mrugną czasem, zimne, obojętne
Nasze westchnienia mają całkiem za nic
Dostojne, dziewicze, jaśnieją dalekie
Absolut w misę nieba z agatu schwytany
Kotwice kute z blasku, kręgosłup kosmosu
Odpryski ręką Boga, z wieczności łupane
Skończone one piękno, tęsknota, marzenie
W serce ostro wbite najczystszym zachwytem

Monday, November 9, 2020

Słowo Dla Ciebie

Słowo Dla Ciebie

Przyszedłem człowieku dać ci dobre słowo
Abyś znowu muru nie rozbijał głową
By Cię podnieść z grobu, odrodzić na nowo
Z krwi i cegieł pyłu otrzeć czoło, głowę
Leczyć ciężko chorych, bliźnić duszy rany
Na nowo pozszywać życia poszarpane
By podać Ci rękę, postawić na nogi
Podnieść gdy za ścierkę robisz do podłogi
Dam Ci własną siłę, ciężkie zdmuchnę smutki
Ukołyszę lepiej niż butelka wódki
Utulę Cię do snu, nadzieją wykarmię
Tą świętą komunią, wszystkie barwy czarne
Muśnięte jej blaskiem w kolory się zmienią
Barwny rój motyli, liść złoty jesienią
Myśli się zapienią - bąbelki w szampanie
Niby ptasie piórko leciutki się staniesz
W oka jedno mgnienie ulecisz pod chmury
Przenajczystszą ulgą wzniesiony do góry
Właśnie stamtąd widać wszystko jakby lepiej
A kiedy powrócisz, na nowo ulepię
Piękniejszym, pełniejszym uczynię człowiekiem
Z głębi chłodnych studni napoję mądrością
I chlebem nakarmię i życiem - miłością
Bowiem ten co kocha, zniesie trud i rany
Prosto w twarz się śmierci spojrzy roześmiany
To nie grawitacja, miłość wszechświat spaja
Rozrywa kajdany, wolnością upaja
Biała gołębica przegoni sokoła
Wzleci wyżej orła, ma skrzydła anioła
Ona potężniejsza nad wszystkie mocarze
Każde schodzisz buty, gdy w drogę rozkaże
Dojdziesz jeśli trzeba, hen do świata kraju
Znajdziesz co zgubiłeś, biednym porozdajesz
Ci nigdy nie tracą co miłością płacą
Co tylko wydane, świat na koniec zwraca
Ci zaś którzy karmią wszystkich nienawiścią
Udławią się gniewem, strachem i zawiścią
Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga
Złam co nie złamie rozum
Płazią skorupę już na zawsze porzuć
Kiedy ktoś upadnie podnieś, rękę podaj
Zaś kiedy się dzielisz, nie odejmuj – dodaj
I nie unoś gardy a otwórz ramiona
Bo miłość nienawiść, strach i gniew pokona
I uwierz mi nie ma odwagi większej
Gdy ktoś nóż otworzy ty opuszczasz ręce
Kiedy się odważysz kochać nawet wroga
Podnieś wtedy głowę, ujrzysz uśmiech Boga
Czoło unieś śmiało, popatrz prosto w górę
Pudrowane blaskiem, srebrne przejrzyj chmury
Na niebie Bóg światłem ponaszywał gwiazdy
Na jednej swe imię wyryte ma każdy
Raz dojrzysz to piękno, nie zapomnisz prędko
W pamięci wyryte nie uleci świtem

Do Ani

Do Ani

Grzmiącym wodospadem między ust wargi Twoje 
Spadłem, rwącym strumieniem splotłem ciał obydwoje 
Chłodną wodą spragnioną, chętną poiłem ziemię
Z Twych włosów oddechem czerpałem, czyste zapomnienie

Okruchem lodu zakłujesz gdzieś w środku, głęboko
Na siatkówce powidok słońcem Ty wypalony
Zawsze do mnie powrócisz, czyhasz aż zamknę oko
Gdy unieść już nie mogę powieki ciężkiej, zmęczonej

Wyrytą Cię zmarszczkami widzę w twarzy własnej
Świadectwo nieme uniesień, gniewu, troski, śmiechu
I czasem mam wrażenie że próbuję wytrwać
Od zmierzchu po brzask blady, przepłynąć ocean
Raz jeden zaczerpnąwszy jedynie oddechu

I jeśli nie mam ciebie na długość ramienia
Jestem znowu wolny, jestem znów samotny
Znów mogę oddychać swobodnie i znowu
Ciebie wypatruję cieniem cichym w oknie

Jesteś heroiną, wodą na pustyni
Puchową kołderką, ciepłym ogniem w zimie
Klątwą, męką, cierniem, piaskiem w oczy, kłodą
Pomocnym ramieniem, podstawioną nogą

Wywalonym językiem i 
mrugnięciem okiem
Wieczerzą Ostatnią, szczytem gór wysokim
Ja trawą, co się kłania wiatrom przeznaczenia
Pyłem u stóp Twoich, westchnieniem, milczeniem

Do Góry Uszy!

Do Góry Uszy!

Do góry uszy i nie płacz więcej
Ból minie tak jak wszystko przemija
Nie warto rąk więc załamywać
Gdy kosmos jak kręgle nas sobie zbija

Miriady zimnych gwiazd nad głowami
beznamiętnie oświetla ludzkie losy
Piękna gmach bólem podbudowany
Ścielą wyrwane go z troski włosy

Nie chcę Cię karmić czarnym chlebem
Łzą nie chcę spłynąć po twej twarzy
Wolałbym tulić Cię i dotykać
Promyczek słońca złożyć Ci w darze

Posłańcem dobrych być tylko nowin
Poduszką, w którą możesz się wtulić
Laską na której oprzeć się możesz
Tak mi dopomóż Panie Boże!
Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE