Thursday, February 27, 2025

Logicznie wybrać jest wolność

Bo tak wolno, bo trzeba!

Nielogicznie martwą wybrać jest, zimną logikę

Skoczyć trzeba w głęboką, echem laną przepaść

Pofrunąć by za serca uderzeń skoczyć, pikiem

Z czoła myśli zedrzeć splątane i posupłane

pętające rozerwać ciasne stalowe wnyki

Słuchać w środku symfonicznej muzyki

Radosnej i głośnej

Rzucić zimę do kąta

Niech śmieciarka posprząta

I dogonić soczystą i zieloną rozbrykaną podmuchem sokiem    wionącą wiosnę!

W zęby schwycić raz boskie, drgające uczucie
Mocno szczękę zaciskać i trzymać, ach trzymać
By przypadkiem, darmowo nie pozwolić zbiec mu
W ustach usta zachłannie jej splątać, spijać ciepła jej ślinę 
Nektar jej sok jej najsłodszy blond młodego życia

Smakowanie zacząć i żucie

Brać garściami i jeść szybko, jeszcze gorącą

Chwiejnym krokiem nad chodnikiem pochwycić płynącą 

Głupią, rozkojarzoną miłość

Bez mocnego wszak jej superkleju 

Świata wcale by nie było

Nawet gwiazdę, jasną, boską literę skleiło 

Z gwiezdnych gazów, rozproszonych po pustce samotnych 

Nieodparte przyciąganie ku sobie, do siebie wzajemne ciążenie

A świat jednak ciągle ma znaczenie 

I wysoko go znów cenię

I za jedno spełnienie

Gromem jedno śmiertelne trafienie

Umrę, martwy dam zakopać pod ziemię

Chwytam róże siwe na popiołach wzrosłe

Bez skrzywienia pożeram ich kwiaty 

I kolce też łykam róż kłujące 

Pełnymi rwę, zagarniam garściami

Słodki sok cieknie, i kapie czerwony 

Z pocałunkiem płynie ust skaleczonych

Wyrzeźbiony osobiście Boga dłonią

Genialny tak ma biust

Wart bliskiego poznania 

Odmaluję radosnymi jasnymi napiszę słowami 

Błyskawiczny elektryczny jej mózg

Chłoszcze tysiącem rózg

Świetlistymi, ogromnymi prosto dźga mnie w oczy oczami

Patrzy prosto gdy na mnie

Miękki jak woda w wannie

Bąbelkami pachnącymi igliwiem spieniony, 

Czystym tlenem, ozonem sycony 

W dychę zdziwiony celnie trafiony

Zgłuszony, plącze krok się momentalnie

A w ogniwach wzbudzony wartki prąd rwący płynie

Miłość dana dziewczynie

Jak sportowej maszynie

Poleruje słońcem mi czyste niebo

Zwodować i utopić tą miłość chyba 

Miłość trzeba głupią zwdwać zatopić
To ważne nigdy nie przetrzeć wprost w oczy

W młodym wykąpać winie

Ze świeżych winogron mocne uderza wino
wyciśnięte pocałunkiem 

Bzyczy już płynie

Wali prosto do głowy

Świeci noc jasna setką gwiazd supernowych

Znowu lekki, znów jasny, znów zdrowy 

Bez Ciebie żałosny zgrzyt dźwięczy 

Zębów trzeszczących zwartych i zaciśniętych 

Skowyt płynie, płynę ja jak skowyt

Na skrzydłach euforii unoszę się w górę

Wzlatuję jak orzeł, jak anioł

W dół zaglądam przez mglistą szczęścia glazurę

Z szczytu twardego spoglądam na nią

Jak papuga kolorową i jak ptak gadatliwą

Eksplozja barw rozpala świat szarobury

Życie oddam za ciebie kochanie

Za latanie

I za chmór łaskotanie

Ręki wiotkiej twej trzymanie

I za na jednym tapczanie spanie

Chleb powszedni już nie będzie czerstwy

I za milion radosnych motylków wierszy

Me kochanie!

Do końca świata tylko z tobą mieszkanie

Za wina tanie i wspólne pranie

Tego samego świtu czekanie

Za kochanie!

Zakochanie....

Z niebronionej flanki ty trafienie gromu

Może kiedyś na trzeźwo myślałem

Po co zamęt i ból po co komu

Teraz drogi wszystkie kręte w górę szlaki trudne

Wiodą wszystkie na próg słonecznego domu

Gwiazdy w niebie tu rodzą codzień się nowe

Płoną ognie gwiazd w środku jądrowe

Ja płonę szminką twoją się słodką zajadam 

W tobie tonę tak bardzo głęboko

Tonę tak beznadziejnie z sapaniem ze śmiechem

Bo oddycham już tylko twoim oddechem

Nic nie może osłonić nikt ni potrafi pomóc

Dorobiłem Ci klucze do wnętrz słonecznego domu

Otwierają sekretne one dzwi do pokoju

Niepokoju

Zapach włosów jest twoich najsłodszy to wicher

Wywietrz wnętrza, wywal z piwnic mi tony złomu

Tu unosi się z powietrzem ostry zapach ozonu

Eletrycze znaczy wyładowanie

Łóżko stare połamane

Ropne rany atomowym ogniem  są wypalane

Ja cię kocham mocno do krwi me Kochanie!

Wala się się z ciał po pokoju pozdzierane ubranie

Zrzucone węża skór udawanie

Ze złudzeń cię obieranie

Twoich wad na twej duszy blizn zcałowanie


Tuesday, February 25, 2025

Ostatnia Droga

Ostatnia Droga
Prowincjonalne, jak speszeni krewni Czerwone kamienic lica Ceglane Trzymają wartę nad spękanym brukiem Zapomnianej cieniem zlanej ulicy Zupą czarną i gęstą skąpanej Zdeptanej Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku Sennym ryneczku w małym miasteczku Stemplowane stare domy są tu Pocałunkiem prosto ze snów Drzwi co skrzypią zamknął księżyca nów Na klucz wiolinowy Srebrny całun firanek Sypią iskry się szklane Świetlnym pokryta pudrem a blada
Złazi farba wiekowa zmarszczkami Martwej, starej i spaczonej Wpółprzymkniętej drewnianej odłazi powiece
Spływa nocny makijaż w dół okiennicy Krok w krok spływa z żeglującym do góry księżycem
Potępieńczo i złowieszczo wyje, dmie mroźny wiatr
Całkiem rynny lód gardło cynkowe zadławił
Zwiesił mróz setki sopli ze szkła Fortepianu zimy nastroił klawisze
obłąkańczą serenadę na soplach wicher gra Marsz pogrzebowy, muzyka z zimnego szkła Zasłuchane wyschnięte w nią kwiaty Drzemiąc rzędem w donicach na parapecie Zapomniane nie karmione, dawno one Słowem dobrym, ciepłą troską, krzątaniną są codzienną opieką Kożuch z pleśni smakuje zaś zsiadłe mleko Blisko śmierć jest, życie daleko Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie Reumatycznie wykręcone i brązowe Swe martwe dłonie Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły Językami stearyny ślinią się zgasłe znicze I dostojną patyną tu kurz śpi na książkach I na kuchennym rozsypana stole śpi mąka
Puste szafki jej, pudełko bez nici Cerowała wytrwale znoszone swe życie Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany Atłasowa się poduszka wciska w jej chłodny policzek Arka z śmiercią przymierza Tuli czule dębowa już starą trumna Jak pudełko co obejmie stare, znoszone buty Poleciały w dół pac! pac! Ziemi grudy Wełną mokrą w pół stopioną kapały grudniowe chmury
Pożegnał starą zmierzch szarobury I żegnała cała ją ulica Tak pogodna siwa była jak gołębica Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca Nie przemierza tu nikt Nie budzi skrzypiącej podłogi I nie mieszka w starym mieszkaniu Obcy wnukom tak nieznany jest dom Zapomniały dorosłe dom dzieci Oni wszyscy jak proste są nie przyległe Dawno na boki w dal są linie rozbiegłe Na pielgrzymce od dekad się wloką pątnicy I dekady pączkują w ciszy gwarnej odległej Stolicy A drogimi przyjechali wszyscy bliscy autami One piękne, oni modni I szykownych czarnych noszą się ciuchach Markowych Oni i one, cienie znużone Ich twarze ziemiste źrenice ich mgliste Mleczny błękit na nie rozlał wieczór z ekranów
Ze smartfonów miękki błękit w miękkiej rozlał śnieżycy Pomodlili więc się cichutko Znalezioną w sieci modlitwą krótką 0bce ptaki nadleciałe ze Stolicy Pokutnicy, żałobnicy, bezbożnicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę Dzisiaj wiatr płacze szkłem A tu w ciemnym salonie Po środku na ścianie płonie Chrystus w koronie Płonie w koronie cierniowej! Nad wejściem płonie Chrystus w koronie Serce świeci malowanym mu bólem Twarz jakby znana Patrzy, wzrokiem, śledzi wszystko zza szkła Z góry mierzył odwiedzających I się uśmiechał jakby niechcący Zegar zaś martwy u boku stoi
I cykiem rytmicznym swoim W pół przerwanym trupiej nie mąci ciszy I widział każdy, mrugały gwiazdy Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył Śnieg w dół cichutko, wstydliwie prószył Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz Z operacji na wieczności blizna to zimnego cielska
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie Śnieg padał biały, oczy płakały
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Pospolita twarz dziobata Powiatowa żółta buzia księżyca Akordami w rytm bezgłośnie płakała, kapała Ze lśnienia ... Melancholia z mrozem w cztery ręce Na klawiszach z sopli jej cicho grała Cienia kołdrą okryta ulica w tle sennie do wtóru ziewała Przy niewielkim ryneczku Bowiem było już wszystko co już było Życie zaś się tylko przyśniło Śniło tylko bledziutkie się życie...
Miesiąc roni rtęci także trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Twarz dziobata, powiatowa łzy roni księżyca Było wszystko to co było Życie zaś się tylk0 przyśniło Śniło się tylk0 kruche t0 życie Bogu wiek prawie temu zgasłe życie się śniło Krzyk donośny oznajmiał wyciem Narodziny o świcie Ziemia zimna zwłoki pożera już skrycie

Warszawa 26.02.2025
Ostatnia Droga (Z Prowincji Do Boga)

Prowincjonalne, jak speszeni krewni
Czerwone kamienic lica
Ceglane
Trzymają wartę nad spękanym brukiem
Przy zapomnianej zlanej cieniem
Zupą czarną i gęstą skąpanej ulicy
Wydeptanej
Gdzieś przy sennym miejskim ryneczku
Sennym ryneczku w małym miasteczku
Stemplowane domy są tu pocałunkiem ze snów
Drzwi z drewna zamknął księżyca nów
Na klucz wiolinowy
Srebrny całun firanek
Sypią iskry się szklane
Kryta świetlnym pudrem farba
Złazi blada zmarszczkami
Spływa nocny makijaż w dół z okiennicy
Potępieńczo zbłąkany wiatr wyje
Lód rynny całkiem gardło zadławił
Zwiesił sopli setek fortepianu klawiszy
Wyschnięte kwiaty sterczą w donicach na parapecie
Nie karmione, już dawno z konewki
Słowem dobrym, ciepłą troską, codzienną opieką
Wznoszą w górę błagalnie więc pelargonie
Reumatycznie skręcone, martwe, brązowe swe dłonie
Sączy zapach z wnętrza domu się zgniły
Jak z kruchty sączy się, jak z mogiły
Stearyny zastygłej językami ślinią się zgasłe znicze
Dostojną patyną kurz śpi na książkach
I na kuchennym stole rozsypsana śpi mąka
Puste szafki jej i pudełko bez nici
Od dawna cerowała wytrwale znoszone swe życie
Wątłym ściegiem je szyła płytkiego oddechu
Ścieg już zerwany, czas zejścia nieznany
Atłasową odciska poduszkę jej zimny policzek
Arka przymierza z śmiercią dębowa gości ją trumna
Pudełko na stare buty
Pofruneły w dół pac! pac! ziemi grudy
Wełną mokrą w pół stopioną grudniowe płakały jej chmury
Pożegnał staruszkę dzień szarobury
Żegnała cała ją wczoraj ulica
Pogodnie żyła wszak stara ta gołębica
Pustka ciemna w środku domu spija światło księżyca
Nie przemierza nikt skrzypiącej podłogi
Nie mieszka nikt w starym tym domu
Obcy wnukom nieznany jest on
Zapomniały dorosłe go jej dzieci
Oni wszyscy jak proste są nie przyległe
Dawno na boki w dal linie rozbiegłe
Na pielgrzymce od dekad się wloką Pątnicy
I pączkują od lat w ciszy gwarnej odległej Stolicy
Tu drogimi przyjechali wszyscy autami
One piękne, oni modni
W tak szykownych czarnych noszą się ciuchach
Oni i one, cienie to znużone
Twarze ziemiste ich źrenice mgliste
Mleczny błękit wylał się na nie z ekranów
Ze smartfonów miękki w śnieżycy
Pomodlili więc się cichutko
Żałobnicy przybyli aż ze stolicy
Każdy szklaną w internecie uronił też łzę
A tu w ciemnym salonie
W środku na ścianie płonie
Chrystus w koronie
Płonie cierniowej
Nad wejściem płonie Chrystus w koronie
Serce świeci malowanym mu bólem
Twarz jakby znana
Patrzy, wzrokiem śledzi wszystko zza szkła
Z góry mierzył bliskich dom zwiedzających
I się uśmiechał jakby niechcący
Zegar zaś stoi
I cykiem rytmicznym swoim
W pół przerwanym nie mąci trupiej ciszy
I widział każdy, mrugały gwiazdy
Gdy w ostatnią orszak drogę wyruszył
Zaś śnieg w dół cicho pruszył
Kół kolein karawanu szlak wiedzie na cmentarz
Widać ciągle trop w zmarzłym błocie
Śnieg padał biały a oczy płakały
Miesiąc ronił rtęci ciężkie z trzy krople Srebrne łezki na martwym lśnią oknie Pospolita twarz dziobata, powiatowa księżyca Promykami lśnienia w rytm płakała, kapała Melancholia z mrozem jej w cztery ręce Na klawiszach z sopli cich0 zagrała
Cienia okryta kołdrą ulica w tle sennie d0 wt0ru ziewała
Przy niewielkim ryneczku Bowiem było już wszystko co było Życie zaś się tylko przyśniło Śniło tylko bledziutkie się życie...
Bogu w zeszłym niemodnym, przedawnionym stuleciu Nowe życie kiełkujące się przypadkiem Stwórcy wyśniło Krzyk donośny dziecięcy co oznajmiał niezbicie Narodziny wieki temu o świcie Ziemia zimna, zapomnienie dziś zwłoki pożera i chciwie i skrycie Takie tam nie znaczące zwyczajne wygasło życie
Warszawa 26.02.2025

Sunday, February 23, 2025

Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki

Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki

Wszyscy są warci wawrzynu z warzyw
Z zupy co diabeł sam ją uwarzył
Gotował w rogu, krzywym na progu
W dziewiątym kręgu, na zgubę Bogu!
Wagę do tego, przywiązał dużą
Się złemu w piekle, niedziele dłużą
Kładł na tej wadze dusze na szale
Już mu niezbędna nie była wcale
Przy telewizji więc śniadaniowej
Z dwóch krzywych rogów obrał on krowę
Co to ją porwał, przed trzema dniami
Gdy kręcąc mordą, ta się minami
Pasła miast trawą, zimą na polu
Nie w Krzywym Rogu a w Tarnopolu
Konkretnie we wsi pod Tarnopolem
Rozminowując przy tym przedszkole
Taka to była mućka bombowa
Bojowa krowa, Stanisławowa
Zupa musiała wyjść wystrzałowa
Gdy w krowim rogu wywar gotował
Zamiast marchewek, dał Iskandery
Nie jeden, dwa nie, nie trzy, lecz cztery
A w miejsce kminku, z konopii ziele
Chciał aby goście, mieli wesele
Wrzucił kartofle i wsypał mąkę
Na którą w nocy przemielił stonkę
Dodał cebulę, seler, pietruszkę
Na pieprz utartą Tse-Tse muszkę
I dolał wody, rozpalił ogień
Płomień co płonie we mnie i w Tobie
W lewo okrążył trzy razy, za tym
Zamieszał chochlą z lufy armaty
Teraz częstuje nią literatów
By im oczyścić myśli z miazmatów
I utrzeć nosy im ciut zadarte
Bo ci bezczelnie słowem na kartę
Plują jak dzieci manną kaszką
Twierdząc że wiersze traktują ważko
Więc niech się teraz któryś poważy
Ważyć na wadze z wawrzynem z warzyw!

Warszawa 24.02.2025

Ha!

Ha!

Ha! Rzeczywistość źródłem nonsensu
Zupa cedzona przez źrenic sita
Myśl na sto metrów między uszami
Ściga na przełaj się z emocjami
W klaserze mości ze wspomnieniami
Półkule wchodzą z sobą w konsensus
ID lisia ego łaskocze kita
Absurdu przypływ na gałki oczne
Światła księżyca cień już za oknem
Wpłynął galeon z żaglem srebrzystym
Na oceanu wody snów mgliste
Rafy koszmarów mija, mielizny
Ślepy go wiedzie los krzywym torem
Duch dnia przeszłego nawigatorem
Szarpią świadomość hien czarnych zmory
Mentalne rzeźbiąc na duszy blizny
W pościeli skacze ciało jak korek
Trzepoczą dłoni wiosła, na czole
Szlachetną rosą skrapla się pot
Łoskocze w żyłach kowalski młot
Między sklepieniem czaszki, skroniami
Trwa morska bitwa, z dział, symbolami
Wprost w osobowość walą okręty
Jak kruki kłębią się dymu męty
Lecz świtu widać już brzeg zaklęty
Rośnie las masztów, martwych drzew ściętych
Nocy poprzednich parkują wraki
Przez białą kołdrę wiodły ich szlaki
W ładowniach wiozły poranek złoty
Nagle zbudzony plączę sie, plotę
Światło niebieskie w tęczówki wali
Szare jak granit, jak z szarej stali
Dnia absurdalna nierzeczywistość
Gładzi, układa w porządku myśli
Dłoń zbiera razem do kupy włosy
Z czoła zagarniam srebrzystą rosę
Po ścieżce biegnąć, po ostrzu kosy
Przez zboża kłosy w mrok nowej nocy

Warszawa 23.02.2025

Tu Mieszka Koniec

Tu Mieszka Koniec Czy koniec świata Za szybą mglistą Jeśli pokryje Czarne źrenice Zliczysz w oddechach Go swoich wszystkich Kiedy ostatni oddech naliczysz Może napotkasz Go w zbiorze pustym Jak przekonują martwi logicy Teoria kreśli go mnogości Dziura w matematycznej ciągłości Zero, artefakt wredny obliczeń? Leży za zdarzeń on horyzontem W osobliwości czarnej dziury? Dojdzie tam każdy pielgrzym odważny Radioaktywne przebiwszy chmury Zaś kosmologia dowody ma Promieniowanie go skrywa tła Filozoficzny Tka się sam wątek Jednym jest koniec i początek Krawędź przycięta W Wielkim Wybuchu Nosi ją wszechświat Wrzód w tłustym brzuchu Biały Szum Myśli Stworzenia zorze Na rozstrojonym telewizorze Tak szepczesz do nas
Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw
posłuchać może
Najdoskonalszy rym
z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia
Rozległy korzeń
Wiersz który pieści
ucho i oko
Dojrzany nisko
tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany
Nie na ambonie
Wprost z kineskopu
Modlitwa płonie
Na nieskończoność
mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć
w treści losowej!
A może koniec
jest świata tam
Gdzie nie dobieży
giętka myśl
Zaświadczy każdy
o końcu nam
W wiatru podmuchach
tańczący liść
I tylne światła,
wzruszeń łykanie
Ręka co macha
na pożegnanie
Przemarzłe krzesła
na pustym ganku
Ślad namiętności
dawnej kochanków
I na policzku
niestarta łza
Raniący zimny
okruch szkła
Puste ech pełne
kiedyś mieszkanie
Samotnie żute
rankiem śniadanie
W koszu z bielizną
śpi brudne pranie
Ty końcem świata
jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał
jeść na śniadanie
Ty napełniałaś
echem mieszkanie
Do czysta prałas
ty brudne pranie
Już przytuliłaś
na niespotkanie
Stukot pociągu
kół na rozstanie
Jeszcze perfumy
czuć twoje tanie
W światła schwytany
Jak z lasu Daniel
Na szczotce został
blond jeden włos
Oczy czerwone mam
Cieknący nos
Szminki stempelek
Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad
Ciała łóżku
W lustrze w łazience
powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach
odbita marzeń
Teraz rozumiem
szukałem wszędzie
Innego końca świata
nie będzie
Innego końca świata
nie będzie

Tu Mieszka Koniec

Czy koniec świata za szybą mglistą
Jeśli pokryje czarne źrenice?
Zliczysz w oddechach go swoich wszystkich
Kiedy ostatni oddech naliczysz?
Może napotkasz go w zbiorze pustym
Jak przekonują martwi logicy?
Teoria kreśli go mnogości
Dziura w matematycznej ciągłości
Zero, artefakt wredny obliczeń!
Leży za zdarzeń on horyzontem
W osobliwości Czarnej Dziury?
Dojdzie tam każdy pielgrzym odważny
Radioaktywne przebiwszy chmury...
Zaś kosmologia dowody ma
Promieniowanie go skrywa Tła
Filozoficzny wrzucam tu wątek
Jednym jest koniec, jednym początek!
Krawędź przycięta w Wielkim Wybuchu
Nosi ją Wszechświat wrzód w tłustym brzuchu
Biały Szum, Myśli Stworzenia zorze
Na rozstrojonym telewizorze
Tak szepczesz do nas Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw posłuchać może
Najdoskonalszy rym z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia rozległy korzeń
Wiersz który pieści ucho i oko
Dojrzany nisko, tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany, nie na ambonie
Wprost z kineskopu modlitwa płonie...
Na nieskończoność mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć w treści losowej!
A może koniec jest świata tam
Gdzie nie dobieży giętka myśl?
Zaświadczy każdy o końcu nam
W wiatru podmuchach tańczący liść
I tylne światła, wzruszeń łykanie
Ręka co macha na pożegnanie
Przemarzłe krzesła na pustym ganku
Ślad namiętności dawnej kochanków
I na policzku niestarta łza
Raniący, zimny okruch szkła
Puste ech pełne kiedyś mieszkanie
Samotnie żute rankiem śniadanie
W koszu z bielizną śpi brudne pranie
Ty końcem świata jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał mieć na śniadanie
Ty napełniałaś gwarem mieszkanie
Do czysta prałaś ty brudne pranie
Już przytuliłaś na niespotkanie
Stukot pociągu kół na rozstanie
Jeszcze perfumy czuć twoje tanie
W światła schwytany jak z lasu Daniel
Tylne przekrwione tęczówki biesów
Mgła roztopiła lampy ekspresu
Dworcowy głośnik obwieszczał krzykiem
Że cię nie ujrzę, staję się nikim!
Na szczotce został blond jeden włos
Oczy czerwone mam cieknący nos
Szminki stempelek, Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad ciała łóżku
W lustrze w łazience powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach odbita marzeń
Teraz rozumiem, szukałem wszędzie
Innego końca świata nie będzie...
Innego końca świata nie będzie!

Warszawa 23.02.2025


Saturday, February 22, 2025

Zwiędła Magnolia

Zwiędła Magnolia Co było się nie wróci
To oczywiste
Pierwszy banał z banałów listy
A jednak
Jednak znów wciąż i tak
Spod czarnych chmur oceanu
Melancholii wzlatuje ptak
Jak grot stali przeszywa
Hartowanej
Jaskółka krzywa
Nieżywa
Ten sęp
Nad głową kołuje
Jak zły omen
W serce kłuje
A skrzydła ma połamane
Otula jak trupia całunu folia
Melancholia
Zwiędła magnolia
W pękniętym wazonie
Samotnie w szronie
Na balkonie
Bielą oddech pokrywa skronie
Choć mocno zaciskasz dłonie
Płyniesz a przecież toniesz Stanisław Miłkowski Muf

Tuesday, February 18, 2025

Jeszcze Polska!

Jeszcze Polska!

Kiedy wygraża wspólny wróg
Znów będzie Honor, Ojczyzna, Bóg!
Sztandar na nowo pójdzie w górę
Za flagą naród stanie murem
I modna będzie ojczyzny miłość
Do łask się wróci odwaga, siła
Mężczyzn szacunek do kobiety
Troska, opieka, matczyny etos
I panien słabość do munduru
Co za chłopcami pójdą sznurem
Bo tutaj kwitną maki czerwone
Kryją równiny łąki zielone
Krojone srebrnym korytem rzeki
Ziemia to nasza, matka na wieki
Zbożem jak miodem złocone pola
W przedszkolu Krzysio, Kasia i Ola
Mieszkają w książkach swojskie słowa
Trzeszczy, szeleści ojców mowa
Łączą zwycięstwa, spajają klęski
Gdzie indziej łatwiej a jednak tęsknisz
Z cudzego pieca chleb zawsze gorzki
W domu słodyczą smakują troski
Jest o co walczyć, za co umierać
Trzeba z bagnetu więc rdzę wycierać
Dzisiaj podniebnych mamy Husarzy
A kiedy jednak wróg się poważy
I przyjdzie znowu podpalić Polskę
To my runiemy żelaznym wojskiem!
Słowo jest tanie, trudno nim strzelać
Kończę więc gębę sobie wycierać
Wyświechtanymi frazesami
Przysięgam bronić, co kocham z Wami!

Warszawa 18.02.2025

Przecież

Przecież 


Przecież nie warto ciągle się kłócić

Niczym cepami po głowach młucić

Argumentami, inwektywami

Walczyć o status nad statusami

Poniżać innych by się wywyższyć

Zamiszczać posty, gniewne słać listy 

I listy wrogów sobie spisywać

Lepiej wieczorem napić się piwa

Kochankę lepiej swoją przytulić

Wędrować nocą po śnieżnej kuli

Cieszyć zmarzniętym i pięknym światem

Świetlistym złotem upić się latem

Wiosny zielenią paść się jak krowa

Z gór spływa woda do morza nowa

Co krystaliczna i nieskarzona

Miłość nienawiść zawsze pokona

Biały gołąbek przez błękit leci

Wciąż nowe pod nim rodzą się dzieci

Nadzieja na świat przychodzi nowa

Same się tulą do siebie słowa

Bo były pierwsze, będą ostatnie

Myśl wspólna klei umysły bratnie

Zaczerpnąć dłonią z ciemnych odmętów

Koić wzburzone fale zamętu 

Światło nalewać w źrenicy studnie

Naprzód iść dziarsko, aż chodnik dudni

Aż dudni w skroniach krew niespokojna

I ponieść pokój, gdzie płonie wojna 

Jak pastor co miał kiedyś marzenie

Wybierz zbawienie, nie potępięnie

To tylko proste, naiwne rymy

Naiwność dziecka przecież chronimy

Miliardy mieści nieboskłon gwiazd

Tarcza zegarka wciąż skrapla czas

Czasu i miejsca dla wszystkich starczy

Wracajcie z tarczą, nie na tarczy!


Stanisław Miłkowski 

Warszawa 18.02.2025 

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE