tego szczególnego spłoszneg dnia,
raz jedyny, jeden raz w życiu
pprzez jasne nieb, jakby rzsypany
Z iskier żywych gniem skrący brkat
Mim chmr kłderki niedbale skpanej
Gdzieś na mzgu
Blog na którym zamieszczam teksty przedstawiające świat z punktu widzenia racjonalisty... Racjonalisty o duszy poety ;-)
Thursday, May 1, 2025
Thursday, March 20, 2025
Thursday, February 27, 2025
Logicznie wybrać jest wolność
Bo tak wolno, bo trzeba!
Nielogicznie martwą wybrać jest, zimną logikę
Skoczyć trzeba w głęboką, echem laną przepaść
Pofrunąć by za serca uderzeń skoczyć, pikiem
Z czoła myśli zedrzeć splątane i posupłane
pętające rozerwać ciasne stalowe wnyki
Słuchać w środku symfonicznej muzyki
Radosnej i głośnej
Rzucić zimę do kąta
Niech śmieciarka posprząta
I dogonić soczystą i zieloną rozbrykaną podmuchem sokiem wionącą wiosnę!
W zęby schwycić raz boskie, drgające uczucie
Mocno szczękę zaciskać i trzymać, ach trzymać
By przypadkiem, darmowo nie pozwolić zbiec mu
W ustach usta zachłannie jej splątać, spijać ciepła jej ślinę
Nektar jej sok jej najsłodszy blond młodego życia
Smakowanie zacząć i żucie
Brać garściami i jeść szybko, jeszcze gorącą
Chwiejnym krokiem nad chodnikiem pochwycić płynącą
Głupią, rozkojarzoną miłość
Bez mocnego wszak jej superkleju
Świata wcale by nie było
Nawet gwiazdę, jasną, boską literę skleiło
Z gwiezdnych gazów, rozproszonych po pustce samotnych
Nieodparte przyciąganie ku sobie, do siebie wzajemne ciążenie
A świat jednak ciągle ma znaczenie
I wysoko go znów cenię
I za jedno spełnienie
Gromem jedno śmiertelne trafienie
Umrę, martwy dam zakopać pod ziemię
Chwytam róże siwe na popiołach wzrosłe
Bez skrzywienia pożeram ich kwiaty
I kolce też łykam róż kłujące
Pełnymi rwę, zagarniam garściami
Słodki sok cieknie, i kapie czerwony
Z pocałunkiem płynie ust skaleczonych
Wyrzeźbiony osobiście Boga dłonią
Genialny tak ma biust
Wart bliskiego poznania
Odmaluję radosnymi jasnymi napiszę słowami
Błyskawiczny elektryczny jej mózg
Chłoszcze tysiącem rózg
Świetlistymi, ogromnymi prosto dźga mnie w oczy oczami
Patrzy prosto gdy na mnie
Miękki jak woda w wannie
Bąbelkami pachnącymi igliwiem spieniony,
Czystym tlenem, ozonem sycony
W dychę zdziwiony celnie trafiony
Zgłuszony, plącze krok się momentalnie
A w ogniwach wzbudzony wartki prąd rwący płynie
Miłość dana dziewczynie
Jak sportowej maszynie
Poleruje słońcem mi czyste niebo
Zwodować i utopić tą miłość chyba
Miłość trzeba głupią zwdwać zatopić
To ważne nigdy nie przetrzeć wprost w oczy
W młodym wykąpać winie
Ze świeżych winogron mocne uderza wino
wyciśnięte pocałunkiem
Bzyczy już płynie
Wali prosto do głowy
Świeci noc jasna setką gwiazd supernowych
Znowu lekki, znów jasny, znów zdrowy
Bez Ciebie żałosny zgrzyt dźwięczy
Zębów trzeszczących zwartych i zaciśniętych
Skowyt płynie, płynę ja jak skowyt
Na skrzydłach euforii unoszę się w górę
Wzlatuję jak orzeł, jak anioł
W dół zaglądam przez mglistą szczęścia glazurę
Z szczytu twardego spoglądam na nią
Jak papuga kolorową i jak ptak gadatliwą
Eksplozja barw rozpala świat szarobury
Życie oddam za ciebie kochanie
Za latanie
I za chmór łaskotanie
Ręki wiotkiej twej trzymanie
I za na jednym tapczanie spanie
Chleb powszedni już nie będzie czerstwy
I za milion radosnych motylków wierszy
Me kochanie!
Do końca świata tylko z tobą mieszkanie
Za wina tanie i wspólne pranie
Tego samego świtu czekanie
Za kochanie!
Zakochanie....
Z niebronionej flanki ty trafienie gromu
Może kiedyś na trzeźwo myślałem
Po co zamęt i ból po co komu
Teraz drogi wszystkie kręte w górę szlaki trudne
Wiodą wszystkie na próg słonecznego domu
Gwiazdy w niebie tu rodzą codzień się nowe
Płoną ognie gwiazd w środku jądrowe
Ja płonę szminką twoją się słodką zajadam
W tobie tonę tak bardzo głęboko
Tonę tak beznadziejnie z sapaniem ze śmiechem
Bo oddycham już tylko twoim oddechem
Nic nie może osłonić nikt ni potrafi pomóc
Dorobiłem Ci klucze do wnętrz słonecznego domu
Otwierają sekretne one dzwi do pokoju
Niepokoju
Zapach włosów jest twoich najsłodszy to wicher
Wywietrz wnętrza, wywal z piwnic mi tony złomu
Tu unosi się z powietrzem ostry zapach ozonu
Eletrycze znaczy wyładowanie
Łóżko stare połamane
Ropne rany atomowym ogniem są wypalane
Ja cię kocham mocno do krwi me Kochanie!
Wala się się z ciał po pokoju pozdzierane ubranie
Zrzucone węża skór udawanie
Ze złudzeń cię obieranie
Twoich wad na twej duszy blizn zcałowanie
Tuesday, February 25, 2025
Ostatnia Droga
Sunday, February 23, 2025
Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki
Wawrzyniec Wielki Kroił W Plasterki
Wszyscy są warci wawrzynu z warzyw
Z zupy co diabeł sam ją uwarzył
Gotował w rogu, krzywym na progu
W dziewiątym kręgu, na zgubę Bogu!
Wagę do tego, przywiązał dużą
Się złemu w piekle, niedziele dłużą
Kładł na tej wadze dusze na szale
Już mu niezbędna nie była wcale
Przy telewizji więc śniadaniowej
Z dwóch krzywych rogów obrał on krowę
Co to ją porwał, przed trzema dniami
Gdy kręcąc mordą, ta się minami
Pasła miast trawą, zimą na polu
Nie w Krzywym Rogu a w Tarnopolu
Konkretnie we wsi pod Tarnopolem
Rozminowując przy tym przedszkole
Taka to była mućka bombowa
Bojowa krowa, Stanisławowa
Zupa musiała wyjść wystrzałowa
Gdy w krowim rogu wywar gotował
Zamiast marchewek, dał Iskandery
Nie jeden, dwa nie, nie trzy, lecz cztery
A w miejsce kminku, z konopii ziele
Chciał aby goście, mieli wesele
Wrzucił kartofle i wsypał mąkę
Na którą w nocy przemielił stonkę
Dodał cebulę, seler, pietruszkę
Na pieprz utartą Tse-Tse muszkę
I dolał wody, rozpalił ogień
Płomień co płonie we mnie i w Tobie
W lewo okrążył trzy razy, za tym
Zamieszał chochlą z lufy armaty
Teraz częstuje nią literatów
By im oczyścić myśli z miazmatów
I utrzeć nosy im ciut zadarte
Bo ci bezczelnie słowem na kartę
Plują jak dzieci manną kaszką
Twierdząc że wiersze traktują ważko
Więc niech się teraz któryś poważy
Ważyć na wadze z wawrzynem z warzyw!
Warszawa 24.02.2025
Ha!
Ha!
Ha! Rzeczywistość źródłem nonsensu
Zupa cedzona przez źrenic sita
Myśl na sto metrów między uszami
Ściga na przełaj się z emocjami
W klaserze mości ze wspomnieniami
Półkule wchodzą z sobą w konsensus
ID lisia ego łaskocze kita
Absurdu przypływ na gałki oczne
Światła księżyca cień już za oknem
Wpłynął galeon z żaglem srebrzystym
Na oceanu wody snów mgliste
Rafy koszmarów mija, mielizny
Ślepy go wiedzie los krzywym torem
Duch dnia przeszłego nawigatorem
Szarpią świadomość hien czarnych zmory
Mentalne rzeźbiąc na duszy blizny
W pościeli skacze ciało jak korek
Trzepoczą dłoni wiosła, na czole
Szlachetną rosą skrapla się pot
Łoskocze w żyłach kowalski młot
Między sklepieniem czaszki, skroniami
Trwa morska bitwa, z dział, symbolami
Wprost w osobowość walą okręty
Jak kruki kłębią się dymu męty
Lecz świtu widać już brzeg zaklęty
Rośnie las masztów, martwych drzew ściętych
Nocy poprzednich parkują wraki
Przez białą kołdrę wiodły ich szlaki
W ładowniach wiozły poranek złoty
Nagle zbudzony plączę sie, plotę
Światło niebieskie w tęczówki wali
Szare jak granit, jak z szarej stali
Dnia absurdalna nierzeczywistość
Gładzi, układa w porządku myśli
Dłoń zbiera razem do kupy włosy
Z czoła zagarniam srebrzystą rosę
Po ścieżce biegnąć, po ostrzu kosy
Przez zboża kłosy w mrok nowej nocy
Warszawa 23.02.2025
Tu Mieszka Koniec
Tu Mieszka Koniec
Czy koniec świata
Za szybą mglistą
Jeśli pokryje
Czarne źrenice
Zliczysz w oddechach
Go swoich wszystkich
Kiedy ostatni
oddech naliczysz
Może napotkasz
Go w zbiorze pustym
Jak przekonują
martwi logicy
Teoria kreśli
go mnogości
Dziura w matematycznej
ciągłości
Zero, artefakt wredny obliczeń?
Leży za zdarzeń
on horyzontem
W osobliwości
czarnej dziury?
Dojdzie tam każdy
pielgrzym odważny
Radioaktywne
przebiwszy chmury
Zaś kosmologia
dowody ma
Promieniowanie
go skrywa tła
Filozoficzny
Tka się sam wątek
Jednym jest koniec
i początek
Krawędź przycięta
W Wielkim Wybuchu
Nosi ją wszechświat
Wrzód w tłustym brzuchu
Biały Szum
Myśli Stworzenia zorze
Na rozstrojonym telewizorze
Tak szepczesz do nas
Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw
posłuchać może
Najdoskonalszy rym
z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia
Rozległy korzeń
Wiersz który pieści
ucho i oko
Dojrzany nisko
tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany
Nie na ambonie
Wprost z kineskopu
Modlitwa płonie
Na nieskończoność
mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć
w treści losowej!
A może koniec
jest świata tam
Gdzie nie dobieży
giętka myśl
Zaświadczy każdy
o końcu nam
W wiatru podmuchach
tańczący liść
I tylne światła,
wzruszeń łykanie
Ręka co macha
na pożegnanie
Przemarzłe krzesła
na pustym ganku
Ślad namiętności
dawnej kochanków
I na policzku
niestarta łza
Raniący zimny
okruch szkła
Puste ech pełne
kiedyś mieszkanie
Samotnie żute
rankiem śniadanie
W koszu z bielizną
śpi brudne pranie
Ty końcem świata
jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał
jeść na śniadanie
Ty napełniałaś
echem mieszkanie
Do czysta prałas
ty brudne pranie
Już przytuliłaś
na niespotkanie
Stukot pociągu
kół na rozstanie
Jeszcze perfumy
czuć twoje tanie
W światła schwytany
Jak z lasu Daniel
Na szczotce został
blond jeden włos
Oczy czerwone mam
Cieknący nos
Szminki stempelek
Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad
Ciała łóżku
W lustrze w łazience
powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach
odbita marzeń
Teraz rozumiem
szukałem wszędzie
Innego końca świata
nie będzie
Innego końca świata
nie będzie
Tu Mieszka Koniec
Czy koniec świata za szybą mglistą
Jeśli pokryje czarne źrenice?
Zliczysz w oddechach go swoich wszystkich
Kiedy ostatni oddech naliczysz?
Może napotkasz go w zbiorze pustym
Jak przekonują martwi logicy?
Teoria kreśli go mnogości
Dziura w matematycznej ciągłości
Zero, artefakt wredny obliczeń!
Leży za zdarzeń on horyzontem
W osobliwości Czarnej Dziury?
Dojdzie tam każdy pielgrzym odważny
Radioaktywne przebiwszy chmury...
Zaś kosmologia dowody ma
Promieniowanie go skrywa Tła
Filozoficzny wrzucam tu wątek
Jednym jest koniec, jednym początek!
Krawędź przycięta w Wielkim Wybuchu
Nosi ją Wszechświat wrzód w tłustym brzuchu
Biały Szum, Myśli Stworzenia zorze
Na rozstrojonym telewizorze
Tak szepczesz do nas Ukryty Boże
Słów Twoich ciekaw posłuchać może
Najdoskonalszy rym z wszystkich złożeń
Drzewa stworzenia rozległy korzeń
Wiersz który pieści ucho i oko
Dojrzany nisko, tkany wysoko
Nie z ksiąg czytany, nie na ambonie
Wprost z kineskopu modlitwa płonie...
Na nieskończoność mam ogniskową
Brzeg rzeczy dojrzeć w treści losowej!
A może koniec jest świata tam
Gdzie nie dobieży giętka myśl?
Zaświadczy każdy o końcu nam
W wiatru podmuchach tańczący liść
I tylne światła, wzruszeń łykanie
Ręka co macha na pożegnanie
Przemarzłe krzesła na pustym ganku
Ślad namiętności dawnej kochanków
I na policzku niestarta łza
Raniący, zimny okruch szkła
Puste ech pełne kiedyś mieszkanie
Samotnie żute rankiem śniadanie
W koszu z bielizną śpi brudne pranie
Ty końcem świata jesteś kochanie!
Ciebie bym wolał mieć na śniadanie
Ty napełniałaś gwarem mieszkanie
Do czysta prałaś ty brudne pranie
Już przytuliłaś na niespotkanie
Stukot pociągu kół na rozstanie
Jeszcze perfumy czuć twoje tanie
W światła schwytany jak z lasu Daniel
Tylne przekrwione tęczówki biesów
Mgła roztopiła lampy ekspresu
Dworcowy głośnik obwieszczał krzykiem
Że cię nie ujrzę, staję się nikim!
Na szczotce został blond jeden włos
Oczy czerwone mam cieknący nos
Szminki stempelek, Duch na poduszce
W niezaścielonym ślad ciała łóżku
W lustrze w łazience powidok twarzy
Twarz w mlecznych kliszach odbita marzeń
Teraz rozumiem, szukałem wszędzie
Innego końca świata nie będzie...
Innego końca świata nie będzie!
Warszawa 23.02.2025
Saturday, February 22, 2025
Zwiędła Magnolia
Zwiędła Magnolia
Co było się nie wróci
To oczywiste
Pierwszy banał z banałów listy
A jednak
Jednak znów wciąż i tak
Spod czarnych chmur oceanu
Melancholii wzlatuje ptak
Jak grot stali przeszywa
Hartowanej
Jaskółka krzywa
Nieżywa
Ten sęp
Nad głową kołuje
Jak zły omen
W serce kłuje
A skrzydła ma połamane
Otula jak trupia całunu folia
Melancholia
Zwiędła magnolia
W pękniętym wazonie
Samotnie w szronie
Na balkonie
Bielą oddech pokrywa skronie
Choć mocno zaciskasz dłonie
Płyniesz a przecież toniesz
Stanisław Miłkowski
Muf
Tuesday, February 18, 2025
Jeszcze Polska!
Jeszcze Polska!
Kiedy wygraża wspólny wróg
Znów będzie Honor, Ojczyzna, Bóg!
Sztandar na nowo pójdzie w górę
Za flagą naród stanie murem
I modna będzie ojczyzny miłość
Do łask się wróci odwaga, siła
Mężczyzn szacunek do kobiety
Troska, opieka, matczyny etos
I panien słabość do munduru
Co za chłopcami pójdą sznurem
Bo tutaj kwitną maki czerwone
Kryją równiny łąki zielone
Krojone srebrnym korytem rzeki
Ziemia to nasza, matka na wieki
Zbożem jak miodem złocone pola
W przedszkolu Krzysio, Kasia i Ola
Mieszkają w książkach swojskie słowa
Trzeszczy, szeleści ojców mowa
Łączą zwycięstwa, spajają klęski
Gdzie indziej łatwiej a jednak tęsknisz
Z cudzego pieca chleb zawsze gorzki
W domu słodyczą smakują troski
Jest o co walczyć, za co umierać
Trzeba z bagnetu więc rdzę wycierać
Dzisiaj podniebnych mamy Husarzy
A kiedy jednak wróg się poważy
I przyjdzie znowu podpalić Polskę
To my runiemy żelaznym wojskiem!
Słowo jest tanie, trudno nim strzelać
Kończę więc gębę sobie wycierać
Wyświechtanymi frazesami
Przysięgam bronić, co kocham z Wami!
Warszawa 18.02.2025
Przecież
Przecież
Przecież nie warto ciągle się kłócić
Niczym cepami po głowach młucić
Argumentami, inwektywami
Walczyć o status nad statusami
Poniżać innych by się wywyższyć
Zamiszczać posty, gniewne słać listy
I listy wrogów sobie spisywać
Lepiej wieczorem napić się piwa
Kochankę lepiej swoją przytulić
Wędrować nocą po śnieżnej kuli
Cieszyć zmarzniętym i pięknym światem
Świetlistym złotem upić się latem
Wiosny zielenią paść się jak krowa
Z gór spływa woda do morza nowa
Co krystaliczna i nieskarzona
Miłość nienawiść zawsze pokona
Biały gołąbek przez błękit leci
Wciąż nowe pod nim rodzą się dzieci
Nadzieja na świat przychodzi nowa
Same się tulą do siebie słowa
Bo były pierwsze, będą ostatnie
Myśl wspólna klei umysły bratnie
Zaczerpnąć dłonią z ciemnych odmętów
Koić wzburzone fale zamętu
Światło nalewać w źrenicy studnie
Naprzód iść dziarsko, aż chodnik dudni
Aż dudni w skroniach krew niespokojna
I ponieść pokój, gdzie płonie wojna
Jak pastor co miał kiedyś marzenie
Wybierz zbawienie, nie potępięnie
To tylko proste, naiwne rymy
Naiwność dziecka przecież chronimy
Miliardy mieści nieboskłon gwiazd
Tarcza zegarka wciąż skrapla czas
Czasu i miejsca dla wszystkich starczy
Wracajcie z tarczą, nie na tarczy!
Stanisław Miłkowski
Warszawa 18.02.2025
Thursday, January 16, 2025
Trzymaj się Mario!
Trzymaj się Mario!
Niechże Maryja
Trzyma się mocno
Bo świeże kwiaty
Rosną na wiosnę
Bo stare smutki
Rozpuszcza czas
Serce wciąż bije
Bo rośnie las
Niechże Maryja
Mocno się trzyma
Bo świeci światło
Kończy się zima
Wracają ptaki
Odpłyną chmury
Przebija słońce
Dzień szarobury
A długie nogi
Choć narowiste
Przemierzą szybciej
Dróg wyboistych
Ścieżek przez mapy
Kręte szlaki
Bo wrócą ptaki
Na papier znaki
Co raz zburzone
Znowu powstanie
Syna urodzi
Ten zmartwychwstanie
Obieca winnym
Obieca grzesznym
Miłość zwycięży
Traumy bolesne
Trawa zielona
Pokryje wzgórza
Bolesną traumę
W makach unurza
Co poniżone
Będzie wzniesione
Bóg cię Maryjo
Pojął za żonę
Stanisław Miłkowski
Warszawa 15.01.2025
Thursday, January 9, 2025
Jedno Ze Zdjęć Styczeń Dwadzieścia Pięć
Jedno Ze Zdjęć Styczeń Dwadzieścia Pięć Obrażam w pięciu językach Zawsze patrzę wysoko Mierzę w gwiazdy, hen gdzie myśli Śmigłej, jasnej, przeczystej Bóg zawiesił swoje oko Znam medianę, dominantę Liczę średnią ważoną Samodzielnie statystyczne Mierzę ja odchylenie Definiuję je bez netu Bez użycia telefonu Wdycham czyste powietrze I kobiece spijam perfumy Pannom nocne niebo kreślę Pod sukienką palcami i pod kostiumem W bak paliwo w gardło leję Czystej mocy oktany I potrafię magię czynić Inkantacji bez, bez many Drogę zawsze biorę krętą Lecz nie ścinam na zakrętach Ścinam białko wrogom w żyłach W skrzydłach chronię swe pisklęta Latać uczę je samemu Lecz bez wyrzucania z gniazda Jedno mogę ci obiecać Ze mną tylko ostra jazda Niby morze pod księżycem Przychodzę raz, raz odchodzę Mówią że za dużo solę Ale nigdy ci nie słodzę Tańczą w głowie wolne myśli Co ścigają gwiazdozbiory Jak pod czarną wieżą Roland Nauczony już pokory Chylę czoło, kłonisz głowę Zjednoczeni pod kocem Wspólna noc jest ciepły koc jest Wstyd ukryłaś pod kocem Oddech twój wzlatuje nocą Zimą marzną nawet gwiazdy
Marzną ptaki, marzną ludzie
Marznie w kalendarzu grudzień Zimą ciut zaspany księżyc Srebrny marzeń kierunkowskaz Chmury szepczą duszy, uleć Głowa twoja ciąży, zostań! Jak przepastna grawitacja Żebra tłoczy przerażenie Kryształ kwarcu wprawia w drżenie Każdy oddech, oka mgnienie Księżyc mruga ślepym okiem Sny wirują pod sklepieniem Srebrną sufit broczy farbą
Ciebie tulę z rozrzewnieniem
Krew aortą, żyłą wrotną Serce tłoczy z obciążeniem
I pompuje wprost do mózgu
Tętnicami ze znużeniem W gęstym słodkim soku myśli Jedna tonie, potem druga W dół powieki jak zasłony
Opadają, cicho tonę
Nocy wchłania cisza długa
Na zegarze prawie druga
Utonąłem razem z tobą
Pod srebrzystym nieboskłonem
Oddech twój pod rękę wziąłem
Nastrojone kamertonem
Lecą równo, synchronicznie
Krok w krok bierzą z metronomem
Zasypiamy wraz z księżycem
Dziś snów jesteś moich domem