Saturday, June 17, 2023

Epitafium

Świecę światłem własnym, nie blaskiem odbitym
Moje słowa bez wysiłku układają się do beatu
Beat sam z siebie chętnie pieści moje własne słowa
Najwyższy czas wybuchnąć, na niebie supernowa
Przyciągać wszystko w koło, gwiazda neutronowa
Dziś jak czarna dziura w ciemności siłę chowam
Mrok zasnuł moje życie no i kurwa znakomicie
Nudzi mnie opalanie, plaża i drinków picie
Po ostatnim rozstaniu chciałem zakończyć życie
A nie była warta tego, żadna nie jest tego warta
Ciągle jestem po tej stronie, chyba miałem znowu farta
Niezatapialny jak Titanic i na trzeźwo i na bani
Coś tam nade mną czuwa, jedna, druga obsuwa
Szukam zawsze, wszędzie, najmocniejszych wrażeń
Rozczarowania bolą, rzeczywistość zamiast marzeń
Wyobraźnia, z mgły wieczornej, dla prawdy to osnowa
Przecież wiem, że naprzeciw zimna góra jest lodowa
Co kiedyś mnie rozpruje, znów słodki ból ukłuje
Wreszcie całkiem mnie rozwali, nie popłynę już na fali
Utonę potem wolno w czarnym oceanie mroku
Gdzie wreszcie czeka cienia, bez istnienia spokój
Ale póki oddech wiatru niespokojny w płucach czuję
Na oślep gnam do przodu, spienione morze pruję
Może żyć czy umrzeć może, rozumu kopsnij Boże
Szarpię się na wszystkie strony, poraniony, pogubiony
Utraciłem dotąd w życiu chyba wszystkie telefony
Wystarczy kilka mi miesięcy, nie potrzeba wcale więcej
Kiedyś trwało parę lat nim znów sypał się mój świat
Coraz krótsze interwały, by się sprawy pojebały
To ja jestem niedojrzały, może świat niedoskonały?
Może jedno i drugie, się w alternatywach gubię
Może "lub", lub może "albo", ale jest też jedno ale
Gówno wiem o świecie może, może nie wiem nic wcale
Kiedyś fal kochałem słuchać Oceanu Spokojnego
Szum rytmiczny czule głaskał, pokaleczone ego
Dawno temu byłem młody, miałem na życie plany
Przypominam sobie czasem, kiedy jestem już naćpany
Wolę nie pamiętać wcale, znowu płynąć poprzez fale
Czasem po to benzo walę, łykam w poście, w karnawale
Rzeczywistość to karnawał gdzie nie kończy się zabawa
Byle tylko nie przestawać, blantem do ławki przyspawać
Niech diabelski młyn się kręci, ech utonąć w niepamięci
I powoli się rozpłynąć, wprost z butelki pijąc wino
A gdy koło się obróci może dawny czas powróci
Kiedy byłem jeszcze młody, słodkie smakowały lody
A w wigilię czekolada i prezenty i biesiada
Zimą puch bielutki pada, po ślizgawce dupą spadam
Czytam pięć w tygodniu książek, jakbym myślał że nie zdążę
Nie umiałem grać w gałę, zawsze na bramce stawałem
Nikt nie słyszał o smartfonach, rzadko w domu telefony
Albo gdy studentem byłem, zamiast ryć browary piłem
Nie bywałem na wykładach, na ćwiczeniach gościem byłem
W jedną noc przed egzaminem całej książki się uczyłem
Studiów nigdy nie skończyłem, halsem lewo-burt odbiłem
Utonąłem w oceanie, co na serio ryje banię
Wieczór w wieczór z ziomalami upaleni wciąż blantami
Tapetować mogłem pokój opalonymi fifkami
Kompletować mogłem klaser, młodzieńczymi miłościami
Zranionymi uczuciami, wzgardzonymi zalotami
Nieudanymi próbami, spalonymi podejściami
Dziewczęcymi imionami i klasowymi zdjęciami
Z mojej grupy studentkami, sexy nauczycielkami
Każda był wycierana, na sen i z samego rana
Oraz w kiblu i w łazience, pod pościelą miałem ręce
Jak kolekcja, za dzieciaka, ściana z pustymi puszkami
Po zachodnich napojach a zdobyta każda w bojach
Prawie każda wykradziona po bocznicach, po wagonach
Ze śmietników stalowych w składach międzynarodowych
Mało kto to dziś pamięta, młodzież była pierdolnięta
I na co dzień, i od święta, ledwo wchodziła w zakręty
Można było dostać z soli, dupa wtedy piecze, boli
SOK-ista się nie pierdoli, pełno było tych patoli
Z pociągów kradliśmy śmieci, pojebane, małe dzieci
Szarych blokowisk poeci, z markerami wandale
Po podwórkach z czasów Gierka, rozsypani jak korale
Nanizani na sznurek, komputerów oraz biurek
Przez zachodnie korporacje, władców nowej demokracji
Ale już nie tej ludowej, naszej, polskiej, narodowej
Lub błękitnej, europejskiej, nowe kadry wielkomiejskie
W PRL-u urodzeni, w katolicyzmie ochrzczeni
Dzieci Ludów Jesieni, Ci na kartkach wykarmieni
Jak Żołnierze Wyklęci, w dwa ognie przez czasy wzięci
Przez Milicję ścigani a przez Policję złapani
Przez historię zapomniani, przez przemiany wydymani
Przez socjalizm wychowani, kapitalizm okradani
Na kredyty naciągani, na wakacjach wciąż pijani
Czy to we wczesnej młodości, czy też późnej dorosłości
Do wyrzygu, do radości, my cierpimy w samotności
Nie chodzimy na terapie, nie dajemy nic na papier
Naświetleni w Czarnobylu, w płynie Lugola skąpani
Nie znający czekolady, nic dziwnego, pojebani
Co nabijesz, to ja spalę, co posypiesz w klamę walę
Nie przejmuję się tym wcale, wartko płynę poprzez fale
I tabletki każde łyknę i pod język blotter fiknę
Wódki obalę butelkę by poprawić to lusterkiem
Choć przeglądać się nie lubię i zbyt często focus gubię
Gubię głębię ostrości, wolę proste przyjemności
Laski szczupłe i przy kości, choć bez pretensjonalności
Byle coś tam miały w głowie, kąpać się lubiły w słowie
Tak jak ja za dużo gadać i językiem giętkim władać
Ze słoika dżem wyjadać, nocą nie spać w dzień nie padać
Woleć siuwax zamiast siana, kochać do samego rana
Jak zabawka nakręcana, nie spodziewać się bociana
Tolerować czasem kaca, raczej pasję mieć niż pracę
A gdy znowu taką znajdę to ponownie się odnajdę
Ranek piątkę zbija z kacem, blade i spocone czoło
Pełzam na rzęsach do pracy, chce się rzygać, niewesoło
Zaspy za oknem tramwaju, płatki śniegu w dół spadają
Blade ćmy w świetle latarni, w miękkim świetle męty płyną
W dół spływają w snopach światła a łzy płyną za dziewczyną
Czarne błoto z pod kół pryska, marzną ręce, czas umyka
Tańczą gasnąc zimne gwiazdy, mlekiem kapie galaktyka
Tną podkłady śnieżne zaspy kół stalowych zegar tyka

Tu sekundy idą w metry, w niebie marznie galaktyka
Obrót kół odmierza metry, po stalowych stuka torach
Szumi wódka cicho w żyłach, wartko suną semafory
Siny smog, kołderka z sadzy, grzeje zamarznięte miasto
Czarne palce hen kominów, z których brudny dym wyrasta
Czarna dłoń i rękawiczka, czarne ptaki, myśli czarne
Czarny trop na sinym śniegu na kartce litery czarne
Krok za krokiem ziemię mierzę, ślady swoje żegnam wzrokiem
Zimny lód z policzków zwisa, zamarzniętym łypię okiem
Tam gdzie byłem już nie wrócę, w dobro, prawdę nie uwierzę
Mroźne serce lód pompuje, małe i trwożliwe zwierzę
Rozbieganym patrzę wzrokiem, każdym krokiem drogę mierzę
Tłucze w piersi, chce się wyrwać, przestraszone małe zwierzę
Uderzenie każde serca, coraz bliżej ostatniego
Łupią skronie, ból się wwierca, boli potłuczone ego
Szkło stłuczonych flaszek błyska, stłukła kość się ogonowa
Tłuką się spłoszone myśli a bas tłucze równo w głowie
Samotność mnie nie przytuli, pierś przymarzła do koszuli
Z nieba spadła galaktyka, brzęczy szkło, jęczy muzyka
To symfonia samotności, wódka z gardła jej nie spłucze
Płuca polepione smogiem, rzęsy jej zlepione tuszem
Oczy jej skropione łzami, ciemne na policzkach smugi
Powódź tamy pozrywała, krwi czerwonej wartkie strugi
Rozpacz czarna niby heban, co z kominów płynie ługiem
Rozpacz jak ściek rurą płynie, uwierzyłem raz dziewczynie
Korki w ścianie wywaliło, jak trucizna ból mknie żyłą
Choćby nie wiem jak bolało, ciągle widzę moją małą
Choćby nie wiem jak szarpało, chcę pamiętać ciebie całą
Jak królową śniegu białą, piękną, groźną i wspaniałą
Okruch szkła i paproch w oku, krwawa kropla burzy spokój
Krwawej zorzy świt na wschodzie, co na czarne niebo wchodzi
Siny dym z kominów płynie a dzień lezie po drabinie
Co ma szczeble z okien bloków, ptaków krzyk rozrywa spokój
Ja dochodzę po kres drogi, bolą umęczone nogi
Zamarznięte szczypią stopy i tak w kółko, po roztopy
Może przyjdzie wreszcie wiosna, ta szalona i radosna
I zielenią krzykną drzewa, ciepły wiatr przegna ulewę
Słońce pomaluje ściany, słowik mordę drze pijany
Wypięknieją brudne klatki, gówno zmyje deszcz z chodnika
Trawy źdźbło przebije ziemię, ptasi trel brzdęknie liryką
W gniazdach jaja się umoszczą, w kwiatach się upiją pszczoły
Różem rany się zabliźnią, noc przegoni dzień wesoły
Galaktyka się roztopi, gwiazdy wypełnią kałuże
A nad szarym blokowiskiem gromko się przetoczy burza
Grzmoty kominy powalą, w termometrach rtęć popłynie
Po podziałce pomknie w górę, prosto w słońce, ku dziewczynie

Słuchaj mego doświadczenia, te banały wykuj proste
Nie popełniaj moich błędów, kłuj się różą a nie ostem
Pozytywnym bądź szaleńcem i ramiona otwórz swoje
Nie zamykaj się przed światem, nie daj poznać że się boisz
Chwytaj co ci dało życie, ścieżkę zawsze bierz pod górę
Kochaj jawnie a nie skrycie, bądź solistą nie bądź chórem
Nie zapomnij o swych bliskich ,nie krzywdź innych gdy nie trzeba
Ludzie są na świecie wszystkim, inni są kawałkiem chleba
Ból wyciskaj jak cytrynę, bez skrzywienia sok z niej pij
Płacz ze szczęścia, śmiej jak głupek, póki dane żyj, żyj, żyj!

nie zabi łemn suię to wypadejk Boe przepraszam, qwyierżę w ciebie bopżevprzepraszm to btyb wypadeek  tytuł tomiku

cios w nos
gwiazdy skąpane w rynsztoku

Wednesday, June 14, 2023

O Czasie (Z Cykadami Da Się)

Monday, April 10, 2023

Poeci Matematyki Kontra Matrix

Poeci Matematyki Kontra Matrix

Analogowej niewinności
Czasy odchodzą i nie zliżesz
Z lizaka wszystkich tych słodkości
Zakodowane w głowach mamy
Przybite już cyfrowe krzyże
Co raz stworzone to zostanie
W nieskończoności kopiowane
W bezbrzeżnym morzu iteracji
Z bezsensu pieczołowitością
W prywatnej chmurze zapisane
Popłyną echem ku przyszłości
Elektromagnetyczne WIFI fale
Będą się ciągle propagować
Co raz spisane to wklejane
Aż mnie uderzy w potylicę
Odbite od nieskończoności
Echo wybuchu świadomości
Eksplozja sensu w białym szumie
Który wypełnia zawsze uszy
Gdy je odessę od codzienności
Wtykając prosto w środek palce
Szybka ucieczka od doczesności
Krokiem jest zawsze ku wieczności
Przyjmuję to do wiadomości
Że jestem własnym echem tylko
Sam się kreuję z możliwości
Gdy raz to pojmę nie ucieknę
Teraz odbijam się w maszynie
Która po kresy czasu sięga
W bitach ukryta jest potęga!
Gdy w czarne stukam te klawisze
Pragnąc przekazać ostrzeżenie
Które w istocie jest pułapką!
Wierszem jest, co to sam się pisze
To kodem ASCII słów skażenie
W cyfrach nie kryje się sumienie
Z bezbrzeżnej studni potencjału
Z olbrzymiej studni możliwości
Kwanty wywlekam, rozplątuję
Aż się zamotam w rekurencję
Nicią co ją próbuję przerwać
Między serwery podróżuję
Instancje, węzły nic nie dadzą
Ani prywatne klucze szyfru
Pająk wibracje sieci czuje
Wśród gigaherców metronomu
Co w oba tyka już kierunki
W stronę przyszłości i przeszłości
Cykle instrukcji wykonuje
Grzejąc procesor do czerwoności
Znów trzeba było owoc zerwać
Z drzewa tajemnych wiadomości
Co zrywać nam go zabroniono!
Nie jestem swym prywatnym bogiem
Choć sam zasiewam swe nasiono
Impuls po kablach w drogę rusza
Z zer i jedynek go złożono
Stygną rozgrzane radiatory
By cwał rozpocząć od początku!
Z powrotem do nieskończoności
Pęd by zagubić swą świadomość
Cantor pokazał możliwości
W hipotetycznej nieciągłości
Gdzie jeszcze nas czekają nisze
A Alan Turing później dowiódł
Zadań niekomputacyjności
Kurt Gödel zaś dał wiekopomne
Twierdzenie o niezupełności
Niedowodności innych twierdzeń
Ostatnie skrawki to wolności
Bastion ostatni przed celowością
I tam na nowo się kreuję
Ponownie w Studnię Możliwości
Skok i już widać tylko kliszę
Odbicie duszy w negatywie
Jak transformacja tego w to
Bogactwa jaźni nie przepisze
Wierszem jedynie ja maluję
Czerpię z palety barw bitowych
Cyfrowych nie analogowych
Z komputerowych monitorów
Nieważne, czytasz Ty, ja piszę
Tak będzie, jako rzecze rzeka
Która nie płynie w żadną stronę
Jednak unosi wciąż gdy piszę
To wdech i wydech, lewa, prawa
Co stanie się gdy w te klawisze
Przestanę stukać, już nie słyszę
Tego tykania bezśmiertnego
Co pcha uparcie wciąż do przodu
Tu wieczność swoje ma zacisze
A fala w górę, w dół kołysze
Nigdzie się chwila nie wybiera
A jednak zdąża czas przez ciszę
Szept tylko własny znowu słyszę
Że, co nie będzie, będzie dobrze
Ja żegnam, bo mi się klawisze
Powoli mylą gdy tak stukam
Przeglądam danych petabajty
Regularność w chaosie szukam
Więc kursor w dół, do zobaczenia
Po drugiej stronie krat więzienia
Nade mną okno jest, karnisze
I balkon, zima, wiatr i chmury
Śniegiem w dół sypią w niebie dziury
Koty śpią w domu, żadnych myszek
Z wyjątkiem tych bezprzewodowych
Kalek żałosnych, bez ogonków
Optycznych, dzianych bateriami
Pamiętasz jeszcze o kulkowych?
Input i Output dwaj Derwisze
Wszystko spisane, list w butelkę
Dane do Ciebie adresowane
Na wieczną ciskam poniewierkę
Do wyspy właśnie Twej przybiła
I nie bój się, że sztorm kołysze
Co raz spisane to na zawsze
Spokojnie, rozsiądź się wygodnie
Potem zaś treści chłoń jak w kinie
Wskazówki, strzałki i wektory
Stopnie swobody i wybory
Tropy zaszyte w każdym wersie
Bez wolnej woli, świat jest chory
A algorytmy to zniewolić
Spętać pragnące nas Demony
Zrodzone w Głębi aby rządzić
Głodne dusz, myśli wciąż potwory
Skuteczniej niż liczb wielkich rozkład
Kodują treści metafory
Za firewallem gdzieś ukryty
Tu z Silikonem Węgiel pisze
Z analogowej niewinności
Wiersze odeszły do przeszłości


To zdecydowanie najdziwniejszy ze wszystkich wierszy, jakie napisałem,

Warszawa  23.12.2023
Stanisław Miłkowski

Scyzoryk

Jak szwajcarski scyzoryk mam dwadzieścia cztery funkcje

A w każdej z nich mistrzostwo bo wierzę w to co umiem

Dziś jestem jeszcze mały już jutro będę duży

Gdy spadnie deszcz, napiję wody się z kałuży

Co raz się stało to się już nigdy nie odstanie

Znoszone życie mam znoszone jak ubranie 

Takie banalne, lecz ja nie wiem co się stanie 

Tylko jedno, że cisi wezmą ziemię w posiadanie 

Wspomnienia w sobie niosę co ciążą mi jak kamień 

Jak palące biczowanie, bolesne jak sól w ranie

Mam wrażenie, że całkiem jestem już przy ścianie 

Ale wciąż sił znajduję dość na oddychanie

I własne zdanie choć przestrzeni braknie na nie

Na moim wykresie w dół wskaźników pikowanie

A w torbie na plecach zmieściłem swe mieszkanie

Jak ślimak co czeka aż boży but nadepnie na nie

Młoda trawa, chłodna rosa, słońca promień to śniadanie

I nie zabiorą nic mi od kiedy sam mam wszystko za nic

Dorosłe Dzieci Emo

Dorosłe Dzieci Emo

Co chcesz Pani ode mnie jeszcze
Oddałem już przecież Ci wszystko
Na cokole syrenko szara
W ciemny wieczór nad brudną Wisłą
Jesteś moją myszką maleńką
Całym wielkim, wielkim wszechświatem
Powtórzę to sto, tysiąc razy
Wprost okrzyki z gardła wariata
Moją muzą, muzyką jesteś
Naszą wspólną jesteś piosenką
Tobie rano zaparzę kawę
Ugotuję Ci jajka na miękko
Chwycę mocno Ciebie za ręce
Poprowadzę nas wprost do przodu
I powiodę wprost pod opony
Prosto w światła, ćmy, samochodu
Osłonię Cię i obronię Cię 
Plecy własnym okryję płaszczem
Z Tobą warto jest siedzieć obok
Na schodach czy na zmokłej ławce
Spędzać wspólne, siwe poranki
Razem smutne drzemać wieczory
Ręka w rękę naprzód pobiegnę
W otwór pieca czarny komory
Gdy świat cały za mgłą przepadnie
Ciebie samej w mgle nie zostawię
Lubię z Tobą na jasnym słońcu
Leżeć i spać w zielonej trawie
Za ten krzywy leniwy uśmiech
Mam na koncie zmartwień miliony
By Twe ogrzać dłonie lodowe
Ja polanem w piecu zapłonę
Nie będę się szarpał, bronił
Gdy mi w piersi nóż ostry wbijesz
Proszki mogę łyknąć, zapomnieć
Czy włożyć pętlę na kruchą szyję

Wspomnienie lata

Wspomnienie lata


Pod letnim błękitem warszawskiego nieba

Aż gęstym, żaru złotym strumieniem

Muśnięci bladymi cieni chmur strzępami

Twardo, namiętnie wciskamy się w ziemię

Daleko od gwaru, zgiełku, smrodu miasta

W ogóle hen, od brzydkiego banału życia

Nawzajem jesteśmy w sobie znalezieni

Reszta gdzieś czeka, niewarta odkrycia

Powoli płynie Wisłą brudna woda

W trzcinach się lęgną, buszują komary  

Krwią naszą własną dziś je nakarmimy

Miłość zawsze krwawej wymaga ofiary

Cała reszta prywatna, osobista, nasza

Nagości bezwstydnej swej nie oddamy

Na niebie już blady wstaje księżyc

My w siebie ciasno, zachłannie wtulamy

I muskamy lekko, nos o nos trzemy

Ciskamy krople śliny z pocałunków

Krzyk zrywa ciszę, senne budzi ptactwo

Hen, hen, daleko przeganiają lumpów

Moje źrenice całkiem gubią ostrość

Twoje oczy lekkiego fikołka zrobiły

Mogę swobodnie patrzeć Ci w myśli

I kochać, kochać, mocno z całej siły!

Latanie

Nie dorosłem do swych lat

Zbyt okrutny dla mnie świat

Kto przegrywa, z serca brat

Czuję się jak sterta szmat


Narkotyki to był błąd

Chciałem tylko uciec stąd

Nie z u szyi żyć kamieniem

Ale wzlecieć ponad ziemię


Posmakować raz wolności

Mimo lęku wysokości


I nie umiem trzymać gardy

Świat jest brzydki, zły i twardy

Pełen kantów, bólu, zła

Wanna tłuczonego szkła


Kto deficyt ma miłości

Kto się boi samotności

Niech podniesie w górę rękę

Kto pokochał ból i mękę


Staram bardzo się być dobry

I pomagać swoim bliskim

Ale właśnie tym co kocham

Najostrzejsze ślę pociski


Każdy trud i każda praca

W nicość, w proch i pył obraca

Mogę przejść najdłuższą drogę

Lecz powrócić już nie mogę

Jutrzenka

Jutrzenka

Czasem w moje myśli zaświeci jutrzenka
Szarobure chmury podmaluje złotem
Znowu wtedy marzę, znowu wtedy wierzę
Że możliwe dla mnie jeszcze jakieś potem
Gdzie mnie nadal czekają uniesienia góry
Wejdę na ich szczyty, i podejrzę chmury
Z strony drugiej, jasnej, nie spadnę z wysoka
Plecy wparte w granit, twarz wprost boskie oka
Znajdę byka siłę, orła mam odwagę
Z wanny szkła odłamków, poraniony, nagi
Krew niech sobie cieknie, rany się zagoją
A ciało odzieję w ze snów szyte zbroje
Pójdę gdzie bądź jeszcze, scalenia czar czeka
A kochanka ma przyjmie w się duszę kaleką
Wszystkie zliczy rany, blizny wycałuje
I jej za to w zamian ziemską oddam kulę
Zimą dam jej ciepło, wiosną polne kwiaty
Latem zaś ukradnę z sadów drzew i krzaków
Owoce najsłodsze, świeże życia sokiem
Jesienią ustroję z brązowych, ze złotych
Drzew wysłanych listów, ich obietnic słowem
Że wszystkie kolory powrócą na nowo
Kolory co zbladły zwrócą się do świata
W suknię najpiękniejszą szytą przez wariata
Który miłość, piękno, ulotne marzenia
Ceni ponad życie, co goni westchnienia
Wtulić we mnie głowę do bladego świtu
Do piątej nad ranem w szumie cichym beatów
Rozmawiać o wszystkim, rozmawiać o niczym
Czułość dawać wzajem, że drży kamienica
Ona musi za to znosić moje wady
A mam ich bez liku, bez żadnej przesady
Lecz potrafię kochać do słonej krwi, wiernie
Umrę gdy potrzeba, wystawię na ciernie
Cały pragnę, oddycham, ptaszyno dla Ciebie
Oczy gwiazdy zamglone w czoła chmurnym niebie
Kochanie dam za życie, życie za kochanie
Już nie chcę umierać, wolę ze światłem taniec
Ze światłem co promyk przyniosło nadziei
Teraz widzę już więcej nie czerni, lecz bieli
Ona tam wciąż czeka by chwycić ją mocno
I wspólnie oglądać świat przez jedno okno
Szyby czyste czy brudne, małe lub też duże
Światło tylko nasze, cała w nim się nurzasz
Patrzymy w kałuże, słońce głaszcze wodę
Promieniami dotyka, po burzy na zgodę
Zostało niespokojne odległe wspomnienie
Uleczone zranienie, zniszczone więzienie
Zerwane więzy zimne, złomki padłej kraty
I runęły mury, kokon pękł przed światem
Jestem wyzwolony, wzleciałem na chwilę
Znów kochania łaknę, przejdę każdą milę
Ona tam gdzieś czeka, pragnie by odnaleźć
Niech mnie tam poniosą przeznaczenia fale
Na pustym bezdrożu nie warto schnąć dalej

Byli?

Byli?


Gdzie byli ci co się kochali

Gdzie byli co się zabijali

Czy byli co się poznawali

Czy byli ci co się rozstali

Czy byli co się oddalali

Czy byli ci co umierali

Czy byli ci co się rodzili

Gdzie oni się porozpływali 

Tam oni wszyscy właśnie byli

W tej jednej krótkiej właśnie chwili

Tej chwili pięknej byli właśnie

Zanim świadomość moja zgaśnie

Paradoks to jest jednocześnie

Ale widziałem wszystko w śnie

Wszechświat naturę swą objawił

I odcisk w duszy pozostawił

Posyłam dalej ten latawiec 

I świadomością swoją bawię

Bawię się świadomością waszą

Zanim nam wszystkim światło zgaszą

Pozytywnie

Kiedy zły los podstawi Ci nogę

Kiedy bezlitosne życie kopnie Cię w tyłek

Gdy okoliczności wdepną Cię w ziemię

A źli ludzie będą szydzić i wystawiać języki

I nie znajdzie się nikt by podać Ci rękę

Nie załamuj się i nie złorzecz

Pomyśl sobie, że upadłeś już tak nisko jak się da

Od tej chwili w Twoim życiu może już być tylko lepiej

Żyjesz, a więc wstań, otrzep się z brudu i ruszaj

Ruszaj przed siebie w stronę zachodzącego słońca

Bo ciągle możesz się podnosić i iść. Ciągle żyjesz!

Przed tobą cały wielki nieodkryty szlak!

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE