Zielony
Blog na którym zamieszczam teksty przedstawiające świat z punktu widzenia racjonalisty... Racjonalisty o duszy poety ;-)
Friday, July 12, 2024
Zielony
Szary
Szary
Wylali wszędzie beton
Betonu tony
Megatony
Ja tonę...
W upale, w udręce, w pustce
Pustki pełne tony, pełnej pustki tony
Uderzenie pustki
Kołatanie w dzwony
I kolor niebu zbrukali
Błękit zabrali
Jeans sprany
W chemii prany
Smogiem łatany
Ukradli ludziom gwiazdy
Sztucznym światłem upili
Elektrycznym ogniem zmazali
Ogień wieczysty
Który sam czas zapalił
Oni zniszczyli nam horyzont
Połamali, poszarpali, zaśmiecili
Odebrali nam horyzonty
Pola szerokie
Góry wysokie
Morza szumiące
I szumią w naszych głowach
Przez słuchawki, przez ekrany, przez sieć
Szmer myśli cudzych, natrętnych w głowie
Liści szelest zagłuszył
Wyprosił, zdeptał
Bo...
Formy proste wdrożyli
Koła, kwadraty, trójkąty
I stożki i słupy
Dawna boska geometria
Chmury kształt
Muchy skrzydła
Sierść trawy
Spłycona w banał
Lekkostrawna
A nakarmili nas paszą
Zbudowali stodoły
I chlewiki
Gdzie koryto zawsze pełne
Od strawy tłustej
Lepkie cukrem
Syntetyczne
Wyhodowali
Syntetyczne dusze
Plastikowe
Sztuczne
Tanie w produkcji
Zrobili produkt
Łatwy w obróbce
Prosty w transporcie
Bezwartościowy
Potem drogo go sprzedali
Z uśmiechem kupiliśmy
Jesteśmy winni!
Wszyscy!
Stanisław Miłkowski
Warszawa 13.07.2024
Friday, July 5, 2024
Szlachetna Sztuka Rymowania
Szlachetna Sztuka Rymowania
Rymy przychodzą i odchodzą
Raz w moje serce godzą prosto
A kiedy indziej są jak kładeczka
Do świata baśni spleciony mostek
Bywa, że szarpią, spocząć nie dają
Lecz wypadają z mojej głowy
Klawisze czasem nie nadążają
Aby zapisać choćby połowę
Muza przychodzi i odchodzi
Raz czułe składa pocałunki
Zsyła marzenia i natchnienia
Co dzień przynosi podarunki
Lecz czasem owa latawica
Zdradziecko indziej gdzieś poleci
Ja wtedy pusty i opuszczony
Pióro zaś kreśli śmieci i śmieci
Cóż począć, takie poety życie
Że z samym sobą ciągle się szarpie
Rymy przychodzą i odlatują
Niechaj przestworza je obejmują!
Wednesday, July 3, 2024
Wróć!
Wróć!
Kap, kap kap
Kapie woda
W zlewie
Naczynia brudne
Mieszkam w chlewie
Paskudne
Tłuste myśli
Nieczyste
Tłuste włosy
Tłusta cera
Patelnia tłusta
Lodówka pusta
Nadzieja pusta
Pełna ech głowa
Pusto na koncie
I pusto w kącie
Pajęczyna
Co się stało
Że tak mało
Się ostało?
Pająk plecie pajęczynę
I ja plotę odrobinę
Trochę płynę
Przez dni znojne
Noce zimne
Bądź znów przy mnie!
Stanisław Miłkowski
Warszawa 04.07.2024
Po Nocy
Po Nocy Me posklejane oczy Nie dają się odmoczyć W umywalce Na kubku zaciśnięte Gorącej pełnym kawy Mam palce I szum cichutki w głowie Co dzisiaj dzień mi powie Do ucha Powieki opuchnięte Ciało jak z krzyża zdjęte Pogięte A twarz zielono szara Z lusterka zerka stara Ropucha I znowu rozmyślanie Samego się ruganie Debilu! Znów nocka nie przespana Myśl bruzdą przeorana Zaspana Czemu te same błędy? Te same koleiny... Jak szyny Nie mogę się wyzwolić Zapadam się powoli I znikam Dobra, opuszczam lustro Na biurku w pracy usnę Dni puste Może kolejnej nocy Choć wreszcie zmrużę oczy? Pod kocyk! Stanisław Miłkowski Warszawa 03.07.2024
Saturday, June 29, 2024
Winda lub Schody
Winda lub Schody
Kolory i rytmy i sny i marzenia
Kawałki, srebrnego, zbitego szkła
Tu kłamstwa i prawdy i pustka i pełnia
I winda lub schody, już piętro kolejne
A zgubiona droga jak nitka, jak wełna
odnajdę! Jedyną co znaczeń jest pełna
Za symboli sznurem uniesie mnie w g0rę,
Stóp ślady, przecinki zostawiam, umieram...
Żałosne, maleńkie przerażone "Ja"
Stanisław Miłkowski
Warszawa 29.06.2024
Winda lub Schody
Kolory i rytmy i sny i marzenia
Kawałki, srebrnego, zbitego są szkła
Tu kłamstwa i prawdy i pustka i pełnia
I winda lub schody, już piętro kolejne
A zgubiona droga jak nitka, jak wełna
odnajdę! Jedyną co znaczeń jest pełna
Za symboli sznurem uniesie mnie w g0rę,
Stóp ślady, przecinki zostawiam, umieram...
Malutkie, żałosne tak przerażone "Ja"
Cieplutkie lekkie i drżące marzenie
Co otulone jest w kołdrę mięciutką
Czeka na mnie dzień cały cierpliwie
Schowane gdzieś pod moją poduszką
Za morzami czeka, rafami, zielonymi gajami
Czeka schowane w pościeli głęboko
Aż pofrunie wreszcie pomiędzy uszami
Moje zaś tylko ogląda go oko
I tak leci, płynie sobie gdzieś pod czaszką
Prosto w szarość w z fal ocean sztormowy
Delikatnie pieści, gładzi lekko i czule
Dnia przeszłego stresów fal spienione głowy
Uspokaja się z w estakadach żylnych
Sine, tkliwe, bolące neurony
Morska piana zrodzona ze szkwału
Wspomnień, duchów przejrzystych i bladych
W technicolor ubiera, maluje
Cichutko w ucho moje rymuje
Bzyczy ze snu fal rem kołysankę
Obolałe tkliwe sine neurony
Z piany morskiej ze szkwałów z piany morskiej bąbelki
Morska piana zrodzona ze szkwału
Setki
Zjazd wszelki
O powietrzu co smakuje inaczej
Każde drzewo, trzepak wyzwaniem
Wszelki kąt wrat obejżenia
Monday, June 24, 2024
Słowo Prawdy
Słowo Prawdy
Prawda o człowieku
Brzydka jak stopy starca
Pachnąca kupą w pampersie
Płynna jak kroplówka
Bolesna odleżyną
Cierpliwa oczekiwaniem spowiedzi
Głęboka niczym cewnik
Warta utoczonej krwi
Głośna jak krzyk bólu
Cicha jak śmierć
Ostateczna!
Saturday, May 25, 2024
Rynsztokowa Ballada
Rynsztokowa Ballada
Życie, życie, życie, życie
Warte wiele, czyli nic
W uszach słyszysz serca bicie
W gardle jeszcze drzemie krzyk!
Czemu kurwa ciebie nie ma!
Znów chodnikiem chodzę sam
Czemu ciebie szukam wzrokiem
W cieniach kamienicznych bram?
Każdy kwiatek był dla Ciebie
Promyk słońca każdy był
Gdy żyliśmy w własnym niebie
Obsypani w gwiezdny pył
Normalnie za cztery zero
Gwiazd podarek w srebrze spał
Ty nosiłaś go w staniku
W razie interwencji pał
A ogromne miałaś piersi
Obu życzę powodzenia
Ja wolałem zawsze mniejsze
Dziś wiem, jest to bez znaczenia
Ważne razem jest leżenie
W tamtym łóżku, z jednym kocem
Tamto ciasne przytulenie
A w tle House o trzeciej w nocy
Głupie to przekomarzanie
Szyfr co tylko nasz był własny
I maślane twe spojrzenie
Oczy, zapalone gwiazdy
Gdyby jakiś przypał był
Ja za ciebie a ty za mnie
Byłaś niczym groźna lwica
Co poluje na sawannie
Nic nie boli tak jak miłość
Nic nie boli mocno tak
To co było, to już było
A perspektyw ciągle brak
Jakie niby perspektywy?
Kieszeń pusta a ryj krzywy
Krzywa droga, krzywa noga
Blizny od samego Boga
Choć nie chodzę już o kulach
Dużo łatwiej się przytulać
Ale po co przytulanie
Taplanie się na tapczanie
Gdy głęboko zieje dziura
Jak wyrwana górna szóstka
Krwawą jamę język drażni
Blizny, pod bliznami pustka
Stałe zęby nie odrosną
Kwiatek zwiądł w toksycznej ziemi
Kwaśny deszcz już nas rozpuścił
Rozpuściły się marzenia
Spłynął potok słonej wody
Łzy wymyły kurz złudzenia
I porwały przy okazji
Pełne kolorów wspomnienia
Śpiewu ptaków już nie słyszę
I tonę w mięciutką ciszę
W lustrze w źrenic pustych studni
Łoskot ciszy echem dudni
Do widzenia, żegnaj, nara!
Wspominam cię raz ostatni
Tobie życzę wytrwałości
W wychodzeniu z białej matni
Prostej drogi, lekkich butów
I odległych horyzontów
Brzytwą ostrą bądź jak zawsze
Nie daj stawiać się do kąta
Już nie modlę się byś zdechła
Czas na grzechów odpuszczenie
Bądź jak zasuszony płatek
W pamiętniku, bądź westchnieniem
Warszawa 22.02.2025
Monday, May 20, 2024
Śpiewać nie potrafię
Więc zostałem hip-hopowcem
Nie jestem bandytą
Jestem miłym chłopcem
Jestem zwyrolem, jestem narkomanem
To co się stało
To już się nie dostanie
W swoim życiu wiele
Złych zakrętów wziąłem
Poszedłem na skróty
I nic nie osiągnąłem
Nie jestem mądry
Raczej zwij mnie matołem
Niedostosowanym
Po prostu głupim kołem
Nie znam się na niczym
Zarabiać nie potrafię
Nie umiem żyć
Nie umiem ćpać
Czasem do kibla nie