Friday, July 12, 2024

Zielony

Zielony

Uważajcie!
W lesie można się zgubić...
Zielony zawrót głowy
Fatalne zauroczenie
Kolorami, zapachami, życiem
Można się zgubić
Można też c0ś zgubić
Można stracić
Ja swoje stare
Nadgryzione betonowym zębem
Miasta
Duszne od spalin
Głośne pustymi słowami
Od tłoku ciasne
A tu!
Szum delikatny
Gałęzi starych
Spokój
Czas cieknie powoli
Deszczówka po liściach
Skrapla się dostojnie
Rosą na trawie
Drzewa mądrzejsze są od ludzi
Jednak to one idą pod topór!
Drzewa piękniejsze są od ludzi
Ale to je pożera chciwy ogień!
Las schronieniem żywych
Miasto trupów żywych siedliskiem
Siadam...
Na pniu
Słucham, patrzę, wdycham, chłonę...
Wtapiam się
Stapiam się
Nie chodźcie do lasu!
Wrócicie stamtąd inni
Las wróci w was
Stanisław Miłkowski
Warszawa 12.07.2024

Szary

Szary

Wylali wszędzie beton 

Betonu tony 

Megatony 

Ja tonę... 

W upale, w udręce, w pustce 

Pustki pełne tony, pełnej pustki tony 

Uderzenie pustki 

Kołatanie w dzwony 

I kolor niebu zbrukali 

Błękit zabrali 

Jeans sprany 

W chemii prany 

Smogiem łatany 

Ukradli ludziom gwiazdy 

Sztucznym światłem upili 

Elektrycznym ogniem zmazali 

Ogień wieczysty 

Który sam czas zapalił 

Oni zniszczyli nam horyzont 

Połamali, poszarpali, zaśmiecili 

Odebrali nam horyzonty 

Pola szerokie 

Góry wysokie 

Morza szumiące 

I szumią w naszych głowach 

Przez słuchawki, przez ekrany, przez sieć 

Szmer myśli cudzych, natrętnych w głowie 

Liści szelest zagłuszył 

Wyprosił, zdeptał

Bo... 

Formy proste wdrożyli 

Koła, kwadraty, trójkąty 

I stożki i słupy 

Dawna boska geometria 

Chmury kształt 

Muchy skrzydła 

Sierść trawy 

Spłycona w banał 

Lekkostrawna 

A nakarmili nas paszą 

Zbudowali stodoły 

I chlewiki 

Gdzie koryto zawsze pełne 

Od strawy tłustej 

Lepkie cukrem 

Syntetyczne 

Wyhodowali 

Syntetyczne dusze 

Plastikowe 

Sztuczne 

Tanie w produkcji 

Zrobili produkt 

Łatwy w obróbce 

Prosty w transporcie 

Bezwartościowy 

Potem drogo go sprzedali 

Z uśmiechem kupiliśmy 

Jesteśmy winni! 

Wszyscy!  


Stanisław Miłkowski 

Warszawa 13.07.2024

Friday, July 5, 2024

Szlachetna Sztuka Rymowania

 Szlachetna Sztuka Rymowania

Rymy przychodzą i odchodzą
Raz w moje serce godzą prosto
A kiedy indziej są jak kładeczka
Do świata baśni spleciony mostek
Bywa, że szarpią, spocząć nie dają
Lecz wypadają z mojej głowy
Klawisze czasem nie nadążają
Aby zapisać choćby połowę
Muza przychodzi i odchodzi
Raz czułe składa pocałunki
Zsyła marzenia i natchnienia
Co dzień przynosi podarunki
Lecz czasem owa latawica
Zdradziecko indziej gdzieś poleci
Ja wtedy pusty i opuszczony
Pióro zaś kreśli śmieci i śmieci
Cóż począć, takie poety życie
Że z samym sobą ciągle się szarpie
Rymy przychodzą i odlatują
Niechaj przestworza je obejmują!

Wednesday, July 3, 2024

Wróć!

Wróć!
Kap, kap kap Kapie woda W zlewie Naczynia brudne Mieszkam w chlewie Paskudne Tłuste myśli Nieczyste Tłuste włosy Tłusta cera Patelnia tłusta Lodówka pusta Nadzieja pusta Pełna ech głowa Pusto na koncie I pusto w kącie Pajęczyna Co się stało Że tak mało Się ostało? Pająk plecie pajęczynę I ja plotę odrobinę Trochę płynę Przez dni znojne Noce zimne Bądź znów przy mnie! Stanisław Miłkowski Warszawa 04.07.2024

Po Nocy

Po Nocy Me posklejane oczy Nie dają się odmoczyć W umywalce Na kubku zaciśnięte Gorącej pełnym kawy Mam palce I szum cichutki w głowie Co dzisiaj dzień mi powie Do ucha Powieki opuchnięte Ciało jak z krzyża zdjęte Pogięte A twarz zielono szara Z lusterka zerka stara Ropucha I znowu rozmyślanie Samego się ruganie Debilu! Znów nocka nie przespana Myśl bruzdą przeorana Zaspana Czemu te same błędy? Te same koleiny... Jak szyny Nie mogę się wyzwolić Zapadam się powoli I znikam Dobra, opuszczam lustro Na biurku w pracy usnę Dni puste Może kolejnej nocy Choć wreszcie zmrużę oczy? Pod kocyk! Stanisław Miłkowski Warszawa 03.07.2024

Saturday, June 29, 2024

Winda lub Schody

Winda lub Schody

Kolory i rytmy i sny i marzenia
Kawałki, srebrnego, zbitego szkła
Tu kłamstwa i prawdy i pustka i pełnia
I winda lub schody, już piętro kolejne
A zgubiona droga jak nitka, jak wełna
odnajdę! Jedyną co znaczeń jest pełna
Za symboli sznurem uniesie mnie w g0rę,
Stóp ślady, przecinki zostawiam, umieram...
Żałosne, maleńkie przerażone "Ja" 

Stanisław Miłkowski
Warszawa 29.06.2024

Winda lub Schody

Kolory i rytmy i sny i marzenia
Kawałki, srebrnego, zbitego są szkła
Tu kłamstwa i prawdy i pustka i pełnia
I winda lub schody, już piętro kolejne
A zgubiona droga jak nitka, jak wełna
odnajdę! Jedyną co znaczeń jest pełna
Za symboli sznurem uniesie mnie w g0rę,
Stóp ślady, przecinki zostawiam, umieram...
Malutkie, żałosne tak przerażone "Ja"

Cieplutkie lekkie i drżące marzenie
Co otulone jest w kołdrę mięciutką
Czeka na mnie dzień cały cierpliwie
Schowane gdzieś pod moją poduszką
Za morzami czeka, rafami, zielonymi gajami
Czeka schowane w pościeli głęboko
Aż pofrunie wreszcie pomiędzy uszami
Moje zaś tylko ogląda go oko
I tak leci, płynie sobie gdzieś pod czaszką
Prosto w szarość w z fal ocean sztormowy
Delikatnie pieści, gładzi lekko i czule
Dnia przeszłego stresów fal spienione głowy
Uspokaja się z w estakadach żylnych

Sine, tkliwe, bolące neurony
Morska piana zrodzona ze szkwału
Wspomnień, duchów przejrzystych i bladych
W technicolor ubiera, maluje
Cichutko w ucho moje rymuje
Bzyczy ze snu fal rem kołysankę

Obolałe tkliwe sine neurony
Z piany morskiej ze szkwałów z piany morskiej bąbelki
Morska piana zrodzona ze szkwału
Setki

Zjazd wszelki
O powietrzu co smakuje inaczej
Każde drzewo, trzepak wyzwaniem
Wszelki kąt wrat obejżenia

Monday, June 24, 2024

Słowo Prawdy

Słowo Prawdy


Prawda o człowieku

Brzydka jak stopy starca

Pachnąca kupą w pampersie

Płynna jak kroplówka

Bolesna odleżyną

Cierpliwa oczekiwaniem spowiedzi

Głęboka niczym cewnik

Warta utoczonej krwi

Głośna jak krzyk bólu

Cicha jak śmierć

Ostateczna!

Saturday, May 25, 2024

Rynsztokowa Ballada

Rynsztokowa Ballada 

Życie, życie, życie, życie
Warte wiele, czyli nic
W uszach słyszysz serca bicie
W gardle jeszcze drzemie krzyk!

Czemu kurwa ciebie nie ma!
Znów chodnikiem chodzę sam
Czemu ciebie szukam wzrokiem
W cieniach kamienicznych bram?

Każdy kwiatek był dla Ciebie
Promyk słońca każdy był
Gdy żyliśmy w własnym niebie
Obsypani w gwiezdny pył

Normalnie za cztery zero
Gwiazd podarek w srebrze spał
Ty nosiłaś go w staniku
W razie interwencji pał

A ogromne miałaś piersi
Obu życzę powodzenia
Ja wolałem zawsze mniejsze
Dziś wiem, jest to bez znaczenia

Ważne razem jest leżenie
W tamtym łóżku, z jednym kocem
Tamto ciasne przytulenie
A w tle House o trzeciej w nocy

Głupie to przekomarzanie
Szyfr co tylko nasz był własny
I maślane twe spojrzenie
Oczy, zapalone gwiazdy

Gdyby jakiś przypał był
Ja za ciebie a ty za mnie
Byłaś niczym groźna lwica
Co poluje na sawannie

Nic nie boli tak jak miłość
Nic nie boli mocno tak
To co było, to już było
A perspektyw ciągle brak

Jakie niby perspektywy?
Kieszeń pusta a ryj krzywy
Krzywa droga, krzywa noga
Blizny od samego Boga

Choć nie chodzę już o kulach
Dużo łatwiej się przytulać
Ale po co przytulanie
Taplanie się na tapczanie

Gdy głęboko zieje dziura
Jak wyrwana górna szóstka
Krwawą jamę język drażni 
Blizny, pod bliznami pustka

Stałe zęby nie odrosną
Kwiatek zwiądł w toksycznej ziemi
Kwaśny deszcz już nas rozpuścił
Rozpuściły się marzenia

Spłynął potok słonej wody
Łzy wymyły kurz złudzenia
I porwały przy okazji
Pełne kolorów wspomnienia

Śpiewu ptaków już nie słyszę
I tonę w mięciutką ciszę
W lustrze w źrenic pustych studni
Łoskot ciszy echem dudni

Do widzenia, żegnaj, nara!
Wspominam cię raz ostatni
Tobie życzę wytrwałości
W wychodzeniu z białej matni

Prostej drogi, lekkich butów
I odległych horyzontów
Brzytwą ostrą bądź jak zawsze
Nie daj stawiać się do kąta

Już nie modlę się byś zdechła
Czas na grzechów odpuszczenie
Bądź jak zasuszony płatek
W pamiętniku, bądź westchnieniem

Warszawa 22.02.2025

Monday, May 20, 2024

Śpiewać nie potrafię

Więc zostałem hip-hopowcem

Nie jestem bandytą

Jestem miłym chłopcem 

Jestem zwyrolem, jestem narkomanem

To co się stało 

To już się nie dostanie 

W swoim życiu wiele

Złych zakrętów wziąłem 

Poszedłem na skróty

I nic nie osiągnąłem 

Nie jestem mądry

Raczej zwij mnie matołem

Niedostosowanym

Po prostu głupim kołem

Nie znam się na niczym 

Zarabiać nie potrafię 

Nie umiem żyć 

Nie umiem ćpać

Czasem do kibla nie 

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE