Saturday, May 25, 2024

Rynsztokowa Ballada

Rynsztokowa Ballada 

Życie, życie, życie, życie
Warte wiele, czyli nic
W uszach słyszysz serca bicie
W gardle jeszcze drzemie krzyk!

Czemu kurwa ciebie nie ma!
Znów chodnikiem chodzę sam
Czemu ciebie szukam wzrokiem
W cieniach kamienicznych bram?

Każdy kwiatek był dla Ciebie
Promyk słońca każdy był
Gdy żyliśmy w własnym niebie
Obsypani w gwiezdny pył

Normalnie za cztery zero
Gwiazd podarek w srebrze spał
Ty nosiłaś go w staniku
W razie interwencji pał

A ogromne miałaś piersi
Obu życzę powodzenia
Ja wolałem zawsze mniejsze
Dziś wiem, jest to bez znaczenia

Ważne razem jest leżenie
W tamtym łóżku, z jednym kocem
Tamto ciasne przytulenie
A w tle House o trzeciej w nocy

Głupie to przekomarzanie
Szyfr co tylko nasz był własny
I maślane twe spojrzenie
Oczy, zapalone gwiazdy

Gdyby jakiś przypał był
Ja za ciebie a ty za mnie
Byłaś niczym groźna lwica
Co poluje na sawannie

Nic nie boli tak jak miłość
Nic nie boli mocno tak
To co było, to już było
A perspektyw ciągle brak

Jakie niby perspektywy?
Kieszeń pusta a ryj krzywy
Krzywa droga, krzywa noga
Blizny od samego Boga

Choć nie chodzę już o kulach
Dużo łatwiej się przytulać
Ale po co przytulanie
Taplanie się na tapczanie

Gdy głęboko zieje dziura
Jak wyrwana górna szóstka
Krwawą jamę język drażni 
Blizny, pod bliznami pustka

Stałe zęby nie odrosną
Kwiatek zwiądł w toksycznej ziemi
Kwaśny deszcz już nas rozpuścił
Rozpuściły się marzenia

Spłynął potok słonej wody
Łzy wymyły kurz złudzenia
I porwały przy okazji
Pełne kolorów wspomnienia

Śpiewu ptaków już nie słyszę
I tonę w mięciutką ciszę
W lustrze w źrenic pustych studni
Łoskot ciszy echem dudni

Do widzenia, żegnaj, nara!
Wspominam cię raz ostatni
Tobie życzę wytrwałości
W wychodzeniu z białej matni

Prostej drogi, lekkich butów
I odległych horyzontów
Brzytwą ostrą bądź jak zawsze
Nie daj stawiać się do kąta

Już nie modlę się byś zdechła
Czas na grzechów odpuszczenie
Bądź jak zasuszony płatek
W pamiętniku, bądź westchnieniem

Warszawa 22.02.2025

Monday, May 20, 2024

Śpiewać nie potrafię

Więc zostałem hip-hopowcem

Nie jestem bandytą

Jestem miłym chłopcem 

Jestem zwyrolem, jestem narkomanem

To co się stało 

To już się nie dostanie 

W swoim życiu wiele

Złych zakrętów wziąłem 

Poszedłem na skróty

I nic nie osiągnąłem 

Nie jestem mądry

Raczej zwij mnie matołem

Niedostosowanym

Po prostu głupim kołem

Nie znam się na niczym 

Zarabiać nie potrafię 

Nie umiem żyć 

Nie umiem ćpać

Czasem do kibla nie 

Thursday, May 2, 2024

Wielka Księga Samotności (piosenka)

Wielka Księga Samotności 

Wyjrzałem przez okno, przyjrzałem się nicości
To tylko rozdział Wielkiej Księgi Samotności

Wyszedłem na spacer, posmakować obcości
Czytam kolejny fragment Księgi Samotności

Spojrzałem w niebo pragnąc trochę litości
Ujrzałem pusty błękit bez śladu obecności

Jeśli jednak istniejesz, Boskiej Twej Doskonałości
Nikt nie dorówna, jesteś Bogiem Samotności

Ref:
W Wielkiej Księdze Samotności wyjącej pustki karty
Samotne białe strony które w stos są ułożone
Miałkie oddzielone życia, co się nie przenikają
My daleko zaś od siebie, tak pragnę poznać Ciebie!

Jednak w Wielkiej Księdze są tylko czyste kartki
Samotne, smętne strony ze stosu rozrzucone/Samotnej pustki strony co wiatrem obrócone
Odseparowane życia, piętna nie odciskają 
Zaś po śmierci powidoki tylko blade pozostają
___

Zakupiłem parę gramów instant szczęścia, radości
Nowy piszę rozdział Wielkiej Księgi Samotności

Pragnę Twojej tylko mała posmakować bliskości
Znam już na pamięć całą Księgę Samotności

Wszyscy żywi my łakniemy jedynie miłości/Najmocniej wszyscy łakniemy zaś jedynie miłości
Nie chcemy czytać wersów z Księgi Samotności

Ciebie czekam otuloną lukrem słodkiej miękkości
Przyjdź, do snu nie poczytamy, ale blisko się poznamy

Ref:
A w Księdze Samotności ciągle rozdziały te same 
Sieroce białe strony są na sobie ułożone
Pojedyncze życia puste, nie warte zapisania
Pogubiłem sam siebie, jak znaleźć mogę Ciebie?

W Wielkiej Samotnej Księdze nie znajdziesz żadnej treści
Żałosne, zmięte strony, wielokrotnie już gubione 
Nieparzyści może wreszcie też do par się pododają
Krzyczę i wołam Ciebie, usłyszmy wreszcie siebie!
___

Ciebie sobie wymarzyłem i Ciebie wzywałem
Wyciskałem sok ze snów, atrament szykowałem
Najpierw Cię wymyśliłem a potem napisałem
Każdy wers, każdą strofę na brylant szlifowałem
Tęskniłem przez dnie całe i nie spałem nic w noce
Aż nagle Cię znalazłem, pewnej nocy pod kocem
Całkiem inna, prawdziwsza od tej wyobrażonej
Żywa, gorąca tak mocno, że otwieram nocą okno

Ref:
Najpierw w Wielką wpisałem Cię Księgę Samotności
I adoptowałem strony, wszystko mam zapełnione
Cel obrany, nasze drogi znienacka się przecięły!
Słowa deszczem lunęły i do Ciebie popłynęły!

W Naszej Księdze nie ma ni jednej pustej kartki
Nowo zapisane strony zwartą treścią wypełnione
Nasze rozdzielone życia nareszcie są splątane
Przyciągasz mnie do Siebie, z całych sił tulę Ciebie!


Monday, April 29, 2024

Bracie!

Bracie!

Brat mi kto całował świt czerwony
Z bólu jest bratem mi każdy zrodzony
Pęknięty, rozdarty, w pół podzielony
I zawsze spóźniony i nigdy na czas
Bo dla mnie bratem jest każdy z was
Zagrajcie znowu szare smutku tony
Ich zapowiedzią był ten świt czerwony
Grajcie na deszczu kapiących kroplach
Szepczących cicho do szyby okna
Pieszczących lekko, niewinnie kwiatki
Głaszczących miękko, wodą ust płatki
Krajobraz właśnie kocha się z deszczem
Prosi i błaga, jeszcze, jeszcze, jeszcze!
Wicher zdarł sukienkę z niego chmury
A ten się spłonił w kolor szary, bury
Deszczu przeszywają ziemię dreszcze
Mokry dzień, mokre sny, błyskawic kleszcze
A zamiast serca zieje czarna dziura
Żołądek ściska już strach cęgami
Splątana myśli w głowie chmura
Oj bracia kiepsko chyba jest z nami
Pamiętam, widziałem niebieski świat
Kołysał łagodnie vibe błękitnej toni
Tulił do snu, szemrał, szeptał bajki
Gładził kanty myśli w ze śmiercią p0g0ni
A nonsens i bezsens, to szach i mat
Sztorm powywracał, potopił łódki
Na niebie znów płonie świt czerwony 

Dla mnie jest siostrą, każda skrzywdzona

Friday, April 26, 2024

Parole, Parole, Parole!

Parole, Parole, Parole!

Kiedy mówię o miłości
Mówię o wieczności
I gdy o śmierci mówię
O przemijaniu
Słońcu tonącym dostojnie w morzu
Latarniach co świecą wieczorem
I co gasną rano
Szczupłe, wysokie królowe nocy
Czule tulone w tańcu pijanym
Kolorowe motyle odleciały
Osiadły w klubach
Dziewczyny barw pierzyną
Feerią, fontanną, pszczelim rojem
Cicho do siebie na ucho bzyczą
Słowo takim dawane
Słowo słodkie, lepkie
Złamane przyrzeczenie
Łyk zapomnienia
Nocy wir pochłonął pamięć
Lecz na nowo wciąż przysięgam
Choć nim kur zapieje
Po trzykroć się wyprę
Na chodnik zrzygam
A jednak ciągle, niezmiennie
Miłość, Wieczność, Śmierć!
Święta Znaczeń Trójca
Rozmowa to zawsze poważna
Nawet kiedy głupio, odważnie
Bezmyślnie, bezradnie, bezczelnie...
Żartuję


Stanisław Miłkowski
Warszawa 26.04.2024

Thursday, April 25, 2024

Entropia

Entropia
Wycieramy się...
Dziurawe dżinsy
I stare cegły
W starym murze
Niezwiązane zaprawą
Zgniłe wypadają zęby
Jak asfalt
Najpierw gładki i lśniący
Nagle spękany, zmęczony, szary
Zmęczone są oczu źrenice
Jakże my się męczymy!
Blakniemy
Łuszczymy się
Płatami
Odłazi ze ściany farba
Młodzieńczych marzeń
Duchów płyną korowody
Trupów twarze
Czarno białe zasiedlają zdjęcia
Sprane ich grymasy
Sprane westchnienia
Wiatru przygnały
Wydmy pustyni
Nad ruiny
Umilkły Trąby Jerycha
Runęły jego mury
Dawne historie
Dawno minęły
W mądrych mieszkają księgach
Umarli bohaterowie
Płowieje stara krew
Potok wypłukał rdzawy kurz
Erozja rzeźbi kontynentom zmarszczki
Śledzą garbaci okularnicy
Tropy wymarłych gadów
Z pędzelka strzelbą
Wskroś przez wapienne skały
By suche trofea z kości
Do stóp rzucić
Muzeom
Las oddycha szumem
Pradawnych oceanów
Nowe je napełnią łzy
Jak deszcz
Rozpaczał kiedyś kosmos
Lodowymi kroplami komet
Z policzków młodego słońca
Starł radość
Wydoroślała niewinność
Dość, dość, dość!
I nienawiść zwiędła
Uwiąd panuje starczy
W pustych parkach
Gdzie liście żółkną, gdzie brązowieją
Tam beznamiętnie w alejce leży
Martwa namiętność
A kiedyś cały płonął od niej świat
Popioły wystygłe zostały
Zimne zostały zgliszcza
Także i je rozegna wiatr
Proch gorzki i gorzki pył
Popiół do popiołu, rdza do rdzy
Rude stalowe dźwigary
Ramiona zwiotczałe mostów
Przez wyschłe rzeki
Spinających brzegi
Pomiędzy wczoraj i dziś
Między tobą a mną
Mkną ulicami miast nocą
Duchy dorożek
Ciemne szyby odbijają echa
Gazowych lamp
Matka we wspomnieniach się krząta
Jak po kuchni
Olimp już nie gości bogów
Nie Zeus już, nie Thor
Różnica dziś potencjałów
Z chmur gniewnie piorunem ciska
Gdzieś pod wieczną zmarzliną
Kroczą stadami
Zimne mamuty
Przecinki kreśląc czarne
Wciśnięte gdzieś pomiędzy
Niebo, jesień i zimę
Odleciały ptaki
W moim sercu się tłucze
Zgasła gwiazda
Entropia, kurwa!
Samotnie ona mieszka
W gnieździe
Uwitym z wieczności Stanisław Miłkowski Warszawa 25.02.2025

Monday, March 18, 2024

Urodzony Morderca

Urodzony Morderca 

Pamiętam, gdy byłem małym chłopcem
Biały motylek latał po łące
A ja wyrwałem mu skrzydełka
By z fascynacją potem zerkać
Gdy ten się czołgał po chodniku
Zakosztowałem euforii łyku
Płakałem potem wieczór cały
Bo już nie fruwał motyl biały
Bo czułem winę i obrzydzenie
Za euforyczne tamto spełnienie
Pamiętam, była w akwarium rybka
Nie była rybka dla mnie zbyt szybka
Schwyciłem w małą ją swoją rączkę
Obraz chłonęły me oczka grząskie
Patrzyłem prosto w rybie skrzela
Gdy te trzepały, gdy ta umiera
Śmierci patrzyłem prosto w oczy
Znów otulony w euforii kocyk
Nie wiem dlaczego to zrobiłem
Nie wiem dlaczego rybkę zabiłem
Skąd to łaknienie na cierpienie?
Do dziś obite mam sumienie
A później znowu z żalu płakałem
Martwym ogonkiem rybki ruszałem
Ciągle pamiętam kolor czerwony
I suchość w ustach i w głowie dzwony
Krew co pędziła warkto przez żyły
I winy posmak słodki i miły
Dusiłem kiedyś kolegę mocno
To było jeszcze w przedszkolu
Zawsze mnie drażnił i irytował
W końcu nie miałem już wyboru
Chwyciłem mocno go za szyję
Prosto patrzyłem w tłuste oczy
I do podłogi go przycisnąłem
I znów otulał euforii kocyk
I dłoń żelazna na jego szyi
Uścisk co mocno ją oplata
Ja decyduję, czy glista żyje!
Ja jestem panem całego świata
Bo i świat cały trzymam w dłoniach
Ja jego stwórcą i niszczycielem
Ja przeznaczeniem jego i celem
To ja nim rządzę, ja decyduję
Czy jeszcze jeden świt go czeka
W ten oto sposób przez silne ręce
Życie ważyłem w rękach człowieka
A on pode mną cały zielony
Telepał przy tym jak stara pralka
W końcu puściłem go zawstydzony
Puściłem w końcu go przerażony
Usiadłem w kącie dziwnie znużony
A w głowie ciągle dzwoniły dzwony
Sam sobą byłem przerażony
Mały, strwożony sześciolatek
Bestia, co chciała wyrwać kratę!
Na szczęście ciągle trzymam ją w sobie
Okiełznać zawsze ją próbuję
A ona gryzie mnie od środka
Bo ciągle ofiar potrzebuje
Gdzieś w środku ciągle mam tą ciemność
Cień długi rzuca na codzienność
Ciągle mi chyba ból smakuje
A płynny ołów w głowie wiruje
Dziś raczej sobie krzywdę robię
Zniszczenia szukam w sobie, w sobie!
Gdy tylko zerkam w taflę lusterka
To w środku wyrwa, dziura wielka
Rana a w ranie zaszyta pustka
Jakby wyrwana górna szóstka
Po zębie blizna szarpana wielka
Więc zerkam z góry w taflę lusterka
Sypię zwinięty lek ze sreberka
Ja, urodzony jestem morderca!
Ja, bez litości, duszy, co serca
Dawno już bicia w piersi nie czuję
Może pomoże, że wciąż żałuję
Żalu sznur szyję ciasno ściska
Świetlny zajączek z lusterka błyska
Traktuj sumienie jak przeziębienie!
Przyjmij lekarstwo, wylecz sumienie!
Duszę swą wydaj na potępienie
Samozniszczenia zapach jest słodki
Lepszy niż dręczyć niewinne kotki
To jakby widzieć święty ogień
Który już włosy zajął na tobie
Niech jak zapałka w ogniu się spalę
Bo nie żałuję siebie już wcale

Stanisław Miłkowski
Warszawa 18.03.2024

Życzenie

Życzenie

Nie umieraj a tylko żyj!
Cukier z ust Tych płynny pij!
Niech Cię uniosą w szkwale
Wzburzone morza fale!
Nie daj się więzić w banale
Miłuj w rozpalonym szale
Wiruj jak suknia w karnawale
Jaskółko burzy lataj wytrwale
W niebo gdzie zorzy świetliste fale
I grawitacji nie daj się wcale!

Friday, February 23, 2024

Czas

Taki sam świat

Te same w szybie deszczu krople

Ten szary dzień

Ten sam krajobraz wiosną moknie

Te same szkła 

Wódki kieliszki pełne, monitory

I ten sam świat

Ta sama mgła 

Dzień, miesiąc, rok

Krzyk duszy chorej


Nic się nie zmienia

W kosmosie wciąż się kręci ziemia

Ludzie się gubią 

I myślą wciąż że mapy nie ma

I ja na ciebie patrzę z perspektywy lat

Z góry czasu mileniów patrzy świat


I co dziś warte są wczorajsze śniegi

Gdzie dzisiaj leżą człowieczeństwa brzegi

Co znaczą czasy które już minęły

Gdzie wszyscy ci, co z czasem popłynęli


Sznury pokoleń, te dawne przekonania

Dziś już jesteśmy w szczycie przeżywania

Ważne że w sklepach jest wódka wciąż tania

To samo było, to jest i wciąż się kłania 

Saturday, December 16, 2023

Dajcie Nam Farby

Dajcie Nam Farby

Kiedyś świeciło tak światło księżyca
Bywało, blade barwi, policzki na blado Ty osobistym własnym swym paradoksem Wierszem liryką, muzą, ba poezją całą
Srebrzysty puder na twojej twarzy
Jak byś księżyca blask ten ukradła
Światło miesiąca myło bród ulicy
Platyną spływały więc całe dzielnice
Barwił, kolorował księżycowy błysk
Dziś nie przynosi już ferii kolorów
Kto z astronomii raz egzamin zdał Poznał tajemnice gwieździstego nieba
Nie pozostawiono wcale mu wyboru
Zostały tylko ścisłe, twarde obliczenia Sprawdzanie, przekształcanie wzorów
Na lądownika LEM mocnych stopach
Łapach koguta pana Twardowskiego
Człowiek tam przecież kiedyś lądował
Uniósł wysoko swoje głodne ego
Gdzie nad horyzont wschodzi Ziemia
Choć stamtąd błękit z tych najgłębszych, głęboki, Kolorów wcale bez poezji nie ma
Oddajcie Nam Farby
Dziwne, lecz świeciło tak światło księżyca
Że blade Ci barwiło policzki na blado
Ty swym prywatnym osobistym paradoksem
Wierszem liryką, muzą, ba poezją całą
Srebrzysty cukier puder na kochanej twarzy
Jak byś księżycowi blask calutki pożarła
Światło miesiąca myło bród muskało ulicy
Platyną spływały Warszawy wszystkie dzielnice
Przemalował wszystko wokół księżycowy pan
A przecież nie nosi wielu barw na palecie
Czerwone jest czarnym, czarne srebrnym a trzecie...
Takim stalowo zimnym resztę wykańczał ścian
Dziś nie przynosi miastom moim ferii barw
Bladej damy nocy zimny sierpowaty kształt
Kto z astronomii choć raz egzamin zdał
Poznał tajemnice gwieździstego nieba
Nie pozostawiono wcale mu wyboru
Zostały tylko ścisłe, twarde obliczenia
Sprawdzanie, przekształcanie wzorów
Na lądownika LEM mocnych stopach
Łapach koguta pana Twardowskiego
Człowiek tam przecież kiedyś lądował
Uniósł wysoko swoje kruche ego
Gdzie nad horyzont wschodzi Ziemia
Choć stamtąd błękit z tych najgłębszych,
głęboki, Kolorów wcale bez poezji nie ma

Lubię to!
Komentarz
Udostępnij
Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE