Monday, April 10, 2023

Lekcja matmy

Lekcja Matmy

Na starcie mówię dwadzieścia dwa
Tam jesteś ty, tu jestem ja
I w dół odliczam: dwadzieścia jeden!
W wierszu ukryłem grzechów siedem
Pierwszy to pycha bo pewien byłem
Że mogę barwnym być motylem
Z kwiatka na kwiatek sobie latać
Zmartwieniom umknąć tego świata
Nie musisz głowy mieć ze złota
By wiedzieć, drugim jest głupota!
Nawet gdy pląsam tu radośnie
To zima musi przyjść po wiośnie
Za kołnierz dziarsko się chwyciłem
I stopę w bagno postawiłem
Tchórzostwo grzechem jest kolejnym
Bo rzeczywistość tkałem z wełny
Aby nie patrzeć prosto w lustro
Wtedy nie można przecież usnąć
Nie widzieć zmarszczek chcę na twarzy
Tylko na umór znowu marzyć
I zamiast spojrzeć w rzeczywistość
Zobaczyć chciałem w sumie wszystko
Ogarnąć świat umysłem cały
By ziarnkiem piasku stał się małym
Ukradłem z nieba święty ogień
Aby go podarować sobie
Pycha jest pierwszą niż upadek
Podłoga, stopa, głowa, zadek
Jeśli chcesz patrzeć dookoła
Jakoż ogarnąć teraz zdołasz
Gdzie jedno, drugie, trzecie, czwarte
Czy jawa prawdą jest, czy żartem
Gdy raz pofrunie myśl zbyt szybko
Da się pomylić goleń z łydką
I właśnie tak niepostrzeżenie
Wciągnąłem w swoje Cię marzenie
I to jest moim grzechem piątym,
Że teraz płyniesz w wodach mątnych
Ale czyż Cię nie ostrzegałem?
Tak przecież zaczął się wiersz cały
Dwadzieścia dwa, dwadzieścia dwa
Prawy to Ty, lewy to ja
Bo gdy wyciągam prawą rękę
Ty swoją lewą podajesz prędko
Ale ta lewa to twoja prawa
Na tym polega cała zabawa
Przed taflą srebrną znowu stawać
Własnym odbiciem się napawać
Zamiast próżności odpór dawać
Gdy z moją nie tak wszystko głową!
Wymyślić chciałem się na nowo
Ciebie do tego potrzebuję
(odbić w twych oczach co smakuje)
Choć żaden ze mnie dobry wujek
W gęste zapraszam Cię zarośla
A za drzewami łączka ośla!
To wszystko było onirycznie
I strumyk myśli w ziemi wyschnie
Co kryje się za tamtym liściem?
Motyl wyśniony zaraz wyśni!
To już kolejna iteracja
A to dopiero pierwsza stacja
Gdy raz postawię stopę, spadam
Kaskadą naprzód, wodospadem!
Grzmotem, brzęczącym słowem spadam
Kaskadą, za nią znów kaskada
Czy raz cię już nie ostrzegałem?
Tak właśnie czyta się wiersz ten cały!
Wymyślić pragnę świat na nowo!
A teraz trach o ścianę głową!
Ach! Bólu nie obiecywałem
Ale tak pisze się wiersz ten cały!
Czy teraz także ból ten czujesz?
Czy to pomoże, że żałuję?!
I że mnie tak jak Ciebie boli?
Trzeba smakować go powoli...
Gdy zamiast zauważyć Ciebie
Ciągle widziałem tylko siebie
Oto kolejna iteracja
A to dopiero druga stacja!
Lecz ile już tych grzechów było?
Najgorszy, że zabiłem miłość!
Zabiłem miłość wiele razy
W głupiej pogoni do ekstazy
I nie widziałem słonko Ciebie
Chociaż mieliśmy tylko siebie
Kolejna stacja odhaczona!
I miłość w kiblu znów spuszczona!
Prawdziwa była, nie zmyślona
Jeszcze przed Bogiem nie przyrzeczona
Ech, schodzić znowu wszystkie płoty!
Byliśmy jak bezdomne koty
Niczym dwie lewe rękawiczki
Jak ptak co ściga falę myśli
A jego także ściga fala
I się przelewa goryczy czara!
A imię jego Czterdzieści Cztery
Nie ze mną Adamie te bajery
Dawajcie żółte mi papiery!
Tylko nie każcie znów być szczerym
Co raz się stało, to się stało
Nie będzie drugi raz bolało
To właśnie dziś Ci obiecuję
Ale obietnic nie dotrzymuję
Zaś imię moje Dwadzieścia Dwa
Tu jesteś ty, naprzeciw ja...

Jucha

Jucha

Wydarłaś mi serce, zżarłaś na śniadanie
Białymi ząbkami powoli przeżułaś
Otarłaś krew z brody, sos wyssany z tkanek
Mnie już nic nie boli, czy ty smak poczułaś?

Czy ci smakowało to mięsko surowe?
Na czerwono, białe wdzianko poplamiłaś?
Juchą jestem tylko na twoim ubraniu
Zimny, blady, martwy! Dobrze się bawiłaś?

Bezlitosny wampir, spity cudzym smutkiem
Zimowym miesiącem z cichym świstem latasz
A mnie już pożarłaś, już ci się znudziłem
Przed tobą kochanie cała reszta świata

Monday, March 6, 2023

Hip - Hop

Uwaga! Teraz wybuch, eksplozja co poczuje
Ją nawet Putin schowany w bunkrze ch*jek
Przed Wami nowy wiersz, on z wami będzie latać
Nad wciąż umęczonymi ziemiami tego świata 
W najgłębsze wpadnie sztolnie, zapełni kopalnie
Gdzie ludziom zniewolonym kajdany zerwie czarne
Nie tylko te brzęczące, co z zimnej stali kute
Rozplącze niewidzialne, wiązane strachem, knutem
Kiedy smycz masz na szyi, inny w garści, kopie butem
Każdy je miał jak smycz kiedyś, kto dziś ma gdzie indziej
Na pręgieżu wśród wstydu długo wisieć mu przyjdzie
Połamiemy pałki i wyrzucimy baty, obalimy pomniki
Jak pisał Kaczmarski wyrwiemy z murów kraty
Wszyscy chcemy równości dla całego świata
Chcemy sprawiedliwości, nadzieji i miłości
Co zapisaną krwią w żyłach wszyscy mamy
A powtórzoną potem z wierszykiem naszej mamy
Naszej ojczyzny, wolności nigdy nie sprzedamy
Przyjaciół nie zdradzimy i bliskich obronimy
Kto  się z kim obraca, gdzie jest i gdzie go nie ma
Toż to kurwa lep najstarszy, to jedna wielka ściema
Pytanie, znasz mordeczki już sławne, popularne?
No-life'y wy na wejściu przejebaną macie karmę
A słonko co w sreberku, miętolisz wciąż niedbale
Ono gorsze bywa w proszku a lepsze w krysztale
Czy bawisz się mała w miejscówkach co na propsie?
Gdzie każdy kolo wporzo i grubą kreskę kopsnie
Zaś jeśli masz niewiasto, miłą buzię, słodką dupę
Z przedawkowania mefy na parkiecie padniesz trupem
Wszyscy w koło cię częstują, osobowość twoją cenią
Jesteś spluwaczką tylko i szmatką do pieprzenia
A oprócz przyjemności co skrywasz dla kutasa
Ładna sucz gwarantuje, że cała męska rasa
Będzie zazdrościć, patrzeć a twój to wielki macho
Chcesz być statusu oznaką, logiem, koniem, daczą
Albo kurewsko szybkim i drogim samochodem
Którym debil nafurany zrobi sobie i innym szkodę
A ja nad oceanem wciąż wolę patrzeć w fale
W pierzaste chmur obłoki i w morze co wytrwale
Buduje z piasków wydmy, skał fiordy i załomy
Na plaży w mewim śpiewie czuję się jak w domu
I nie tam a tutaj, wolę popatrzeć w gwiazdy
Nie wierzę w horoskopy, lecz wiem że od eonów
To gwiazdy dostarczały ciałom naszym atomów
Jeśli przyjdziesz sprawdzę gdzie miedź, żelazo, nikiel
Aż cisza nad morzem wypełni się okrzykiem
Chciałbym się kochać kiedyś na samym szczycie góry
I tam bym literalnie zabrał Cię nad chmury
Bo jedno może wygrać z bezsensem, starością
Tak to banalne, proste, nazywa się miłością
I chuj mnie obchodzi, czy bardzo kochasz Boga
Czy wolisz sąsiadkę z dołu, co męża nieboga
Straciła gdzieś rok temu w wypadku koparki
Czy koleżankę z góry, czy kolegę z ławki
Nieważne hetero, homo, z innymi przyprawami

Tylko gdy się kochamy, nie jesteśmy tu sami

Nie jesteśmy samotni a może jest ktoś jeszcze

Jeśli ja byłbym bogiem, miłością bym się pieścił

Pił miłość jak szampana, od rana do wieczora 

Gdy nawet w mieście blasku do snu kłaść się pora


Dzieci 


Dzieci rodzą się z miłości, albo tak się nam wmawiało

Nawet gdy nie przy poczęciu miłości nic tu nie brakowało

Nikt tego nie pamięta lecz to większość kształtowało

O woni matki włosów gdy spać was kołysała

Jej ramię co je trudy życia nie raz już przeorały

Szept cichutki lecz tak mocny że aż wibrowały kości

Z najszczerszym zapewnieniem najgłębszej miłości

Wraz z latami dostrzegałeś różne złe okoliczności

I wszystko świat splugawił, nie zabił on miłości

Pamiętać też o ojcach kochanych wszystkich naszych

Gdy marszcząc z gniewu brwi ze spodni brali pasy

I kiedy szli tak ciężko, slalomem po pół flaszki

Jezu ratunku każdy myślał, nie będzie kurwa łaski

Na pręgach się kończyło, to pasek był nie młotek

Zbrodnia, gniew, kara instant, tatuś miał ochotę

Kiedy rozum śpi, z kontów pełzną wprost koszmary

Niestety tej sentencji nie pojmował żaden stary

Oduczyć cię od złego, biciem pozbawić tego,

Byś tam gdzie on nie trafił, nie chodził do roboty

Z wypłaty nie miał gówna, chciał wybić te głupoty

Napierdalanie pachem to jedyne co on znał, 

I taką właśnie lekcję twój dziadek ojcu dał

A Matka twa umiała raz utulić raz narzekać 

I zawsze Cię ochronić, namówić byś uciekał

Obiady gotowała, sprzątała, żyła w matni

Plecaczek pakowała, zadania też sprawdzała

I buziak ten ostatni w czółko mam posyłała

Jeśli jest w górze medal, co Chrystus sam przyznaje

Takim królowym domów cichutkim już rozdaje

Jeśli już o miłości, prócz ojca oraz matki

I oczywiście kobiet, na koniec, na ostatki

Niech idą przyjaciele, co miałem mało, wiele

Choć wiele zawsze mało, lecz gdyby tak się stało

To wierzę bardzo szczerze, nim nie nastanie wierzę

Nie cofnę się, że stanę po drodze ostrzu noża

Na ścieżce kuli, wskoczę w ryczący blaskiem pożar 

Oddechem włoski skręca, iskrami twarz nabija

Lecz nie ma co żałować tego szpetnego ryja

Przyjaciół za ro ma się, by za kogoś umierać

Rodziców i partnerki tym bardziej po to teraz

I jeszcze na ostatek, choć mógł być pierwszy, leci

Najbardziej po to wszystko to mamy swoje dzieci

Następne pokolenie, co przejmie po nas ziemię

Ten śmietnik, syf, skażenie, własne samozniszczenie

Naiwnie tak myślimy, że my nie popełnimy

Tych błędów naszych starych, błagamy i ofiary

Czynimy wielkie aby się tylko nie powtórzyć

A później gdzieś wychodzi, że po kolejnej burzy

Tam maluch w koncie płacze, bo tata z mamą skacze

Wydrapać sobie oczy, dzieciak więc łóżko moczy

A potem gdzieś nad ranem wpierdol za to dostanie

Bo właśnie było prane, suszone i składane

Mamusię plecy bolą gdy kumple znów pierdolą

Z tatą przy szóstym piwie, że legia gra tchórzliwie

A ten się wyluzować musi bo znów w robocie

Go opierdolił majster, że źle farba na płocie

No dobra, dziś do piwa będzie zielone, lustra

Co to jest za różnica, znów dzieciak zamiast usnąć

I w ukochaną lalkę, kolejny raz się wtula,

Ale to nie od sików, od łez mokra koszula

I mokre materace, kanapa i dywany

Sąsiadom z łez zacieki ciągle pierdolą ściany

Popłyną potokami w rynsztoków kratki brudne

Co z wody tej wyrośnie nie kwitnie ci w południe

A z wrzasków, krzyków wszystkich, kto talent ma niemały

Symfonię skomponuje operę lub wiersz biały

Sąsiadka z naprzeciwka zmarła bo była gruba

Myślałem, że bez dźwigu jej wynieść się nie uda

A sąsiad co był wierny, choć ciągle był rumakiem

Może gdzieś se poszaleć i prawo jego takie

Syna drugiej spotkałem w pobliskim w psychiatryku

On jest zwyczajnie chory, ja za to na odwyku

Głowę ma strasznie dużą, lecz myśli sie nie mieszczą

Ciekawe co by było, gdybym mu sypnął kreską

Ja tam trafiłem także, po skandalu stulecia

Gdy goły w szkle zbitym latałem, 

płosząc okoliczne ptactwo i dzieci

Poznałem też kolesia, co matce urżnął głowę

Z młodszym bratem schowali głowę w szafie,

Ja mniemam zwycięskie trofeum sportowe

Nie poszedł za to nigdy siedzieć 

Ale w szpitalach był pół życia, 

Brat się wykręcił poprawczakiem 

Ale ucieczki i tak nie ma od przeżycia


Co sobie myślał ich dzielny ojciec, 

Kiedy wezwali go z misji wojskowej?

Nie wiem kim był tam, bronił, atakował? 

Może już zabił z tuzin albo połowę?


To wszystko są historie 

Choć może w waszych domach odwrotnie życie było

A może to pisanie wszystko popierdoliło

Monday, January 9, 2023

W Miejscu Specjalnym, Zarezerwowanym

W Miejscu Specjalnym, Zarezerwowanym


Moje najdroższe, przepiękne kochanie

Nie mogę przestać myśleć o tobie

Nie ważne wcale gdzie jestem - myślę

Myślę, nie ważne co ważnego robię

Mieszkasz już sobie w mojej głowie

I kiedy chcesz wychodzisz sobie

Widzę cię nawet w odbiciu szklanym 

W telewizorze, w lustrze na ścianie

Widzę cię we śnie, widzę gdy nie śpię

W miejscu specjalnym, zarezerwowanym

Szturmem zdobyłaś moje myśli

W moich snach zawsze zrzucasz ubranie

I mam nadzieję, że we śnie czekasz

Dzisiejszej nocy naga się przyśnisz

Moje najdroższe, słodkie kochanie

Odziana tylko w księżyca światło

Mgłą delikatnie, czule tulona

Zjawa, motylek, Biała Madonna 

Płyniesz powietrzem nocnym łatwo

W moje ramiona głodne poznania

Wpadasz leciutka i tajemnicza

W miejscu specjalnym, zarezerwowanym

Moje prześliczne, śnione kochanie

Będę dotykał ruchem delikatnym

Będę poznawał kontynenty nowe 

Oświetli nas tylko księżyca światło

Coś pozostanie wciąż niezbadane

Czy to na jawie, czy we śnie będzie

W miejscu specjalnym, zarezerwowanym

Tutaj gdzie tylko my wstęp mamy

Mój drżący ptaku, płochy, kochany

Ruszymy ziemią, zadrży łóżko, ściany

Krzyk wibrujący i niezapomniany 

Odbity echem od ścian pustych wraca

W miejscu specjalnym, zarezerwowanym

Moje przecudne, słodkie kochanie

Dla ciebie wszędzie, nawet w ubikacji

Na dworcu nocą, na pomylonej stacji

W pełnym autobusie, i metrze ciasnym

W klubie gdzie na nas patrzą krzywo

Chociaż przyszliśmy tylko zatańczyć

Wcześniej olawszy ich cienkie piwo

W myślach, snach i marzeniach moich

I w powtarzalnym codziennym boju 

Czeka na Ciebie u mnie zawsze pokój 

Kącik gdzie razem tylko wstęp mamy

W miejscu specjalnym, zarezerwowanym

Sunday, January 8, 2023

To, Co Ma Znaczenie

To, co ma znaczenie


Za najcenniejsze bez wahania oddasz życie

Za naprawdę cenne zaryzykujesz życie

Za istotne oddasz wszystko inne, co masz

Reszta niewarta splunięcia gdy gnije lub odchodzi

Tydzień

Nie myłem się już chyba przez tydzień
I od tygodnia nie wstałem z łóżka
Do kibla może, lecz bezmyślnie
Od łez, popiołu brudna poduszka
Brudna od tłuszczu, jak me ubranie
Śmierdzę straszliwie, mam to w dupie
Po co się kąpać, przebierać, czesać
Jeśli i tak jesteś wszak trupem
Na ten sam sufit ciągle pusto patrzę
Pęknięcia wszystkie znam i zadrapania
W labirynt myśli ciemnych uwięziony
Ariadno, poślij nić dla zratowania

Wczoraj i Dziś

Wczoraj i Dziś

Wszyscy o mnie zapomnieli
0 puszce po piwie
Lądującej w śmietniku
Liściach opadłych zeszłej jesieni
Jak o zeszycie starym
Zapomnieli jak o do żucia gumie 
Bez smaku
Na bruk wyplutej 
Jestem tutaj a przecież jakby
Już mnie nie było wcale
Rozładowana bateria w telefonie
Drzwi zamknięte na klucz
Oczy zamknięte nocą bezsenną
Wspomnienie balde chwały
Westchnienie dawnej siły
Słabe, słabiutkie
Echo przebrzmiałego śmiechu
Zmarszczki urosły
Jak chwasty
Podlewane smutkiem, troską
W cieniu zimnym
Świat mnie nie rozumie
Nie rozumiem świata...
Zostałem odrzucony!
Chora tkanka w ranie
Obce białko, obcy umysł
Rzeczywistość mówi językiem
Którego nie znam
Nie wiem co jest dobre, co złe
Co właściwe a co błędne
Do czego dążyć
Powiedz mi Panie
Na co zasłużyłem?
Nie zasłużyłem na nic!
Nie jestem nic wart
Daję nic, nic!
Odejmuję, wysysam, drażnię
Bezsenne noce, mroczne dni, cień w kącie
Połamany, potłuczony, podeptany, przemielony, zapal0ny...
Wątły bagienny 0gnik
Niedaleko, tuż obok, czeka nicość
Na wyciągnięcie ręki, jedno skinienie, ruch ledw0 dłoni
Żyć, to odwaga...
Tchórzostwo?
Bezgłośna, bezkształtna, bezświetlna bezdeń...
Jakbym targał lwa za wąsy
Korci i nęci, drażni
Pr0w0kuje
Brawurą na g0wkę jest sk0k...
W mr0k?!
P0z0rnie trywialne
Trywialne takie
Stawiam pytanie
Być alb0 nie być?
Bo kto nie stał na krawędzi
Na ostrzu brzytwy
Hamleta
Nie zrozumie...
Nie dostrzega głębin ukrytych
Za kurtyny banałem
Frazes odbity jak piłeczka
0d uszu sytych
Wyparty, zapomniany... pamiętany
Złapiesz w usta gł0dne
Gdy stoisz już pod ścianą
Uciekamy od śmierci, cierpienia
Uciekamy od umierających, cierpiących
Cierpimy i umieramy
Frazes odziany znaczeniem
Kula w tarczy, poker, błysk pojęcia!
Lecz t0 nie dziś, nie jutr0
Muszę oddychać jeszcze
Nie potrafię utonąć...
Płynę, ciągle płynę!
Same pracują ramiona
Martin Eden za burtą transatlantyka
Ni0są sł0ne fale
Pi0łunem smakuje
Sztuczny świat
Mnie 0n nie oszuka
Nie zwiedzie
Przez tkaninę, przez całun przenikam wzrokiem...
Zaglądam do grobu
Patrzę w lustro, patrzę w dziurę
Umarłem dla świata, dla siebie...
A żyję!
Cuchnący żywy łazi trup!
Żyję, ech żyję...
Dla pogardy, dla przestrogi, dla żartu...
Przez przypadek, przez błąd, na przekór...
Na tej cyfrowej kartce
W ciszy krzyk!

Sens

Sens

Trzeba na świecie odcisnąć piętno
Sprawić by kryształ najczystszy brzdęknął
By dźwięk się poniósł hen daleko
Sięgnął rozlanych gwiazd jak mleko
Piękno zostawił w ludzkich duszach
Ranił i szarpał, bawił i wzruszał
Nie pozostawił obojętnym
I tak przemienić klątwę przeklętą
W pomnik co będzie przez czas płynął
Twarz świata rzeźbić słowa maszyną

Piękny Świat

Piękny Świat 


Miałem napisać coś pozytywnego 

Proszą mnie o to, właśnie dlatego

Napiszę, że Bóg stworzył kotki

Które oświetla księżyc słodki

Strzępiaste chmury, ciepłe ramiona

Zimny na czoło kompres, gdy konasz

Stworzył znak serca, bitą śmietanę

Smaczne jedzenie, kolędowanie

Prezenty, czułość i małe dzieci

Afrykę, biedę, cały świat trzeci

Armaty co strzelają w miasta 

Brzuch spuchły z głodu 

Nienawiść co wzrasta

Wnyki, pułapki, urwane nogi

Trujące rzeki, rozkładu drogi

Prawa fizyki i czarne dziury

Radioaktywne po wojnie chmury

I Hiroszimę i Nagasaki 

Piękny świat może być tylko taki

Saturday, January 7, 2023

Tydzień 2

Nie myłem się już chyba przez tydzień
I od tygodnia nie wstałem z łóżka
Do kibla może, lecz bezmyślnie
Od łez, od popiołu brudna poduszka
Brudna od tłuszczu, jak me ubranie
Śmierdzę straszliwie, mam to w dupie
Po co się kąpać, przebierać, czesać
Jeśli i tak jesteś przecież trupem
Na ten sam sufit ciągle pusto patrzę
Pęknięcia wszystkie znam i zadrapania
W labirynt myśli ciemnych uwięziony
Ariadno, poślij nić dla zratowania
__________________________________________________

Nie myłem się już chyba z tydzień
I od tygodnia nie wstałem z łóżka
Do kibla może, całkiem bezmyślnie
Od łez, od popiołu, brudna poduszka
Lepka od tłuszczu, lepkie ubranie
Przynoszą coś nie do przełknięcia
Beton, trociny, może tłusty kamień?
Poskubię trochę, poślę ciche bluzgi
Bez siły, złości, by już znikło danie
Aby się inni nie wpieprzali w duszę
W najintymniejsze, samotne spadanie
Śmierdzę straszliwie, mam to w dupie!
Kąpać, przebierać, czesać się, golić?
Gnijącym jestem przecież trupem
Prócz bólu wszystko mnie pierdoli
Na ten sam sufit ciągle pusto patrzę
Pęknięcia znam wszystkie, zadrapania
W labirynt myśli ciemnych uwięziony
Ariadno, uprządź nić dla ratowania
Jasną, świetlistą nić nie do zerwania
Nie wolno zgubić szlaku w ciemności
Bo tam się kryje potwór najgorszy
Co mięsem własnym go karmiłem
A teraz już pożre mnie w całości
Jestem bezwolny, nie mam resztek siły
By precz porzucić barłóg przegniły
Bez krzyża wprawdzie on, bez zniczy
Trup ten sam leży, ta sama mogiła

 

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE