Wednesday, July 31, 2024

Moje 44

Moje 44 Zwisło słońce nad miastem I praży jasno, równo, mocno W dół z błękitnego dzbana Żar złotych tryska kropel Gdzie rzeki brzegi Skrzącym podpalone piaskiem Tak gorąco, jaskrawo tak Prześwietlone lata klisze Jak odległe bombowce Naburmuszone warczą trzmiele Świat kołysze się, płynie Na upału leniwych buja falach A powietrze wokół lekkie I na wskroś przejrzyste Delikatnie drży czysty, wyżarzony kryształ Przepastny błękit pasie oczy głodne Głębokie oczy młode Spojrzenie co zmęczone, szare Barwą nową wysyca pyszną Marzenia w brudnym cieniu wojny Zbladłe, przywiędłe, zemdlałe jakby W to senne popołudnie Dzień pogodny z nową nadzieją tuli Zieleni myśli Wiaterek w nieboskłonu skacze głębię Płoche chmurki stroszy Zgubiony puch gołębi to rozgania, to zbiera Tak odległy, lekki taki, strzępiasty i biały Jak cukrowa mięknie wata Delikatność rozpływa się dnia spokojna Spokojna wciąż Spokojna jeszcze... Lata to południk przecież Nie czas teraz dział huku, palby karabinów Spadł z kalendarza dzień kolejny Dawno odwołanych wakacji Ech, pannę jaką wreszcie porwać z sobą! Zabrać gdzie na wycieczkę Spacerkiem nad Wisłę pójść by prosto Tam zieleń wzrasta bujna, gęsta Ze ścieżki wąskiej by zejść Chaszcze splątane znaleźć I zbłądzić Dłonią w miodem pachnące zbłądzić włosy I razem zgubić się z panną światu Wiotką taką Taką wysoko wzrosłą Jakby trzciną młodą, smukłą Co to ją byle wiatr zegnie, złamie Otoczyć ramieniem silnym, śmiałym Bo wiatr historii wieje Przeklętej! Poszłoby się, ech! Z przyjaciółmi na piwo chłodne Chłodnym wieczorem Zaraz po ukończeniu Sekretnej szkoły Przecież oni wszyscy Głowy wciąż szklanki puste W nie byle łajdak Treść trującą wlać może Płyną sny na jawie Napędzane cichym, miarowym zegarka cykiem Już pół do piątej?! Przecież kanapek z domu wziąć nie zdążę! Mama spakowała Pocałunkiem czoła nie opieczętuje Na szczęście Przez bramę za szewcem prosto biec trzeba Tam gdzie zbiórki punkt... Gdzie przez krtań ściągniętą Porucznik ledwo wyciska rozkazy Dowódcy drużyn! Każdy ma pobrać ze składu Karabin sztuk jeden, magazynków jeden, granatów sześć Reszta, butelki brać z benzyną I honor polskiego żołnierza wziąć z sobą i męstwo! Broń na wrogu jest rozkaz zdobyć! Oto po śmierć w kolejce, w punkcie stoją Powstania bohaterowie! Co kobiety nie zaznali jeszcze A zamiast niej posmakować idą Gorzki tynku pył Pogorzelisk cuchnący, tłusty dym Zimną na dobranoc stal całować broni I słoną krew pić W tętnicach gra ona gorąca, młoda Strachem ścięta, euforią zgrzana Sycona tlenem, że wrze Świeżej i słonej krwi posmakują Gdy w pierś ugodzeni, krwią swoją W gardle spienioną będą się dławić! Będą ginąć z myślą gniewną Lecz teraz jeszcze Zemsty pieśni słowa stepują w głowie Wciąż szumi w uszach melodia W skroniach rytm dudni Wolności krzyk pierś rozpiera dumą W cwał unosi żebra Gorączką jakby pali Żegnając spierzchłe usta Godzina W wybiła... I ruszyli głupcy! W dwa ognie ćmy zwabione Muszka mała wciśnięta Między gazetę a ścianę Pomiędzy złowrogie dwie siły A miasto poszło z nimi! Miasto co dotąd spętane Wiązane dotąd pętlą było Jakby wisielczą... Niewolone nakazem, klejone obwieszczeniem Godłem wrogim znaczonym Oszczerczym szpecone plakatem Suchym kłamstw szczekaczek trzaskiem Gromkim, obcym ogłuszone śpiewem Pijackim i grubym Śmiechem chamskim I niebotyczna butą Nowej rasy panów znakiem! W sak łapanek zgonieni Jak zwierzyna łowna Dumni niegdyś Warszawiacy! Bo stu Polaków za jednego się płaci Niemca A będzie dwieście za dwadzieścia tysięcy Ludzie upodleni żon gwałtem Na bezsilnych mężów oczach Synów kopaniem, kolbami biciem Miasto ze stemplem jest Rzeszy Z żołdackim na gardle butem Szybkostrzelnym szachowane karabinem Wparte bagnetem w ścianę Kolczastym otoczone drutem Chrystus w cierniowej koronie Wypalone do cna getto Serce jego krwawiące Miasto umęczone Z godności okradzione, pobite, złamane Podbite a niezłomne Więc niechże wreszcie stolica zemstę wywrze Honor nareszcie odzyska Gdy załopocze na nią znowu dumnie Nasza Biało Czerwona! Że nasza ona, nie sowiecka Nasza jest Polska! Jedna, jedyna... O to straceńcy poszli walczyć Zabijać poszli I ginąć Przede wszystkim ginąć... Zwiedzione dziewczęta, naiwni chłopcy Gładcy, młodzi, głupi jeszcze Tak odważni szaleńczo Niewinni! Ulotni tak Tak przejmująco piękni! Pod kulę, granat, w ogień Na zatracenie Wymiecie ich historii wiatr Jesienne liście oni tylko, latawiec, zabawka I ofiara oni święta Dla krwawiącego Boga Jemu to zapłacili cenę Za wolności wicher Za oddech jeden swobodny Za Wolnej Polski mgnienie I za flagę w barykadę zatkniętą Dziurawą od kul Fatamorgany, miraże, mgła i dym A jednak oni tam ciągle trwają Trwają uparcie Gdzie malowniczo miasto oplata Meandrując leniwie płynie Krew, krew, krew! Cieknie po bruku ona Strużkami Kapie z parapetów Wsiąka w szpitalne łóżka Sanitariuszki jak łyżwiarki Przez purpurowe suną lodowiska Piruetem Bo wokoło Zewsząd się leje, chlusta posoka Rozbryzgi na murach jej czerwone Maki to zakwitły wojny Świeżo malowane Ułomkiem kreślone, gruzem ostrym, kulą Rzeka krwi... Naród krwią teraz płacze I krwią naród płaci Jak szczury dzieci brodzą Kanałami W cuchnącym ścieku Wśród nieczystości Czyści jak lilijki młode Rosną w mroku harcerze I w te, nazad niosą meldunki Czy Wola trzyma się jeszcze?! Nad Wolą zaciągnięta jest cisza trupia Jedna to już mogiła... Że też draniom nie żal było kul! Źli bo Polacy znów się ośmielają Buntować... Jak w twarz pociskami plują! To i ręce świerzbią Zemsta, zemsta, gwałt i mord! Zbójeckie to prawo Bo zbójeckie to wojsko Słynne nienawiścią, pogardą, otoczone strachem Upite krwią... I wódką! Dirlewangerowcy Szumowina! Śmieci! Ścierwo! Wieczna hańba wasza I niechże po drugiej stronie życia Trybunał ostatni was czeka A z nim razem szatan i przepastne piekła Sąd i odpłata Już Zły wam ogień wieczysty pali Za mordy, za gwałty, za draństwa! Inaczej sensu brak miłości Przegnije całe dobro, uleci piękno Sparszywieje cnota i honor sparcieje Wszy oblezą odwagi mundur Bo zbrodnia nie może iść bez kary Boście za sobą porzucili Sukienkę zadartą Rozkrzyżowane, polukrowane plugastwem Zwłoki panienki z nad Wisły połamane leżą Skarpeta w rozwartych ustach Komunią ostatnią... Wielkie szklane oczy Lalka dziecinna w bruk wbita Gałgan sprany I oczy jej z guzików wielkie Przerażone czarne ślepia Co widziały zbyt wiele Też już otwarte są na zawsze Lecz haftowane usta milczą Jak zasznurowane... Czy Ratusz jeszcze się trzyma?! A Pasta?! Co z Pastą?! Milkną jedno po drugim oporu gniazda Jak tu strzelać celnie? Kiedy sąsiadka u wroga na czele Z klatki tej samej Syn jej urwis i córeczka mała I mąż wąsaty Do szturmu oddziały wrogie wiodą Szturchani Tygrysa lufą Rozpaczliwym requiem naprzód płyną Przez, pociski, wskroś dymów płyną Ścigani chrzęstem stali Bijącej o bruk im w takt gąsienicy Dłoń najmocniej zaciska dłoń Stopa kroczy równo w stopę Oddech w oddech rytm daje Melodia ich to ostatnia Lud czarny spod dwóch błyskawic znaku Na polskie wiodą barykady Jak pod Głogowem Osłania krzyżak szturmy swoje Cywili tarczą... Wybito stolicy zęby Twarz jej siniaków zasnuta dymem Dławią się w nim samoloty Cel zrzutu gubią A chleb do cna zjedzony

Kończą się naboje Kończy się nadzieja Tu pod zimnymi gwiazdami I gwiazda świetlista nasza W wejrzeniu martwym Młodego chłopaka stygnie Perły przed rzucili wieprze Świnie zjadły I poszły obojętne Z nowego koryta żreć Nawóz z poetów Głodną syci glebę Tuli piaszczysta, mazowiecka ziemia Kości na pamiątkę zostają białe Pod chłodnym ciche śpią brukiem Sumienia tu leży wyrzut, przestroga Naiwność młodych Cnotą jest ich największą Naiwność starych Największą jest zbrodnią Wiara żywych opuszcza kolejno Bo gdzież jest Bóg!? Gdzie aniołowie jego? Co niby wojskowe meldunki Modlitwy nasze do uszu boskich niosą? Może odwrócił lica? Umarł i on może?! Ostały się nieliczne już oporu gniazda A pomiędzy nimi Jak żyłami brudnymi W kanałach posłańcy płyną Właśnie tu na uboczu W ciemności gęstej utopione, w mroku Zległo szczupłe, chłopięce ciało Z martwej uciekła dłoni Rozkazu zagubiona karta Jak płatek chryzantemy W gęstym, cuchnącym tonie Styksie Czy czuwa jeszcze anioł pański? Czy w dłoniach swych trzyma? Głowę chłopczyka? Ostatni słucha oddech jego? Rano z dumą, błyszczący znak przypiął Wieczorem krzyż harcerski W ściekowym utytłany gównie A może stróż jego zbiegł? I już w niebie Wszak tu na dole Nawet niebieskim posłom Ciut za bardzo śmierdzi Ostatnia umiera miłość... Bo tam gdzieś w ukryciu Przez śmierć na przełaj Ramiona pary są splecione Nocą, potajemnie, w ciszy W szalonym uścisku miłosnym Raz to pierwszy, wojną wyświęcony Raz ostatni Czy zdążył im kto stułą dłonie wiązać? I tak na zawsze związani oni! Bez grzechu... Może polegli od bomby tej samej? W kawałkach wymieszani leżą Tu stopa a tam szczęka Dla Polski... I tej waszej, i naszej Twojej, mojej Polski Wspólnej! Jednej jedynej... Obmytemu posoką lepką Bogu Umarli dług płacą Za pomyślność pokoleń przyszłych Ofiarę mu złożono Z Warszawy Całopalenie! Na Rany Syna Twego Jedynego! Ocal choć prawych! Niewinnych ocal! Lecz prawi, lecz niewinni Zawsze pierwsi umierać idą Stolica jest z map sztabowych Czerwienią krwi wykreślona Z Ziemi już ona oblicza Wytarta czernią jest pogorzelisk Ominął Warszawę front nawet Odwracając oka dział Jakby ze wstydu Nie chcąc gromami salw ciszy rwać Cmentarnej uchybić zadumie i modlitwie Umarło oto samotnie miasto W drgawkach konało eksplozji Zgasło potem dostojnie Ciało powoli stygło Zdradzone, porzucone, wydane wrogom miasto Judaszowym sowieckim pocałunkiem W prawy wydane policzek Opuszczone w chwili konania Na męki i śmierć wydane Puste jego ulice I place Wysadzone gmachy Zerwane mosty Przecinki czarne kreśląc na drogach Idą ocaleni Mieszkańcy miasta Warszawy Einwohner der Stadt Warschau! Obozy śmierci czekają Idźcie w pokoju Chrystusa Ofiara została spełniona Amen... Stanisław Miłkowski Warszawa 01.08.2024/16.01.2025

-----------

Moje 44

Słońce świeci tak mocno
I chmury cudne
Więzione powietrza czystym kryształem
Puch gołębi, lekki, strzępiasty i biały
Delikatność dnia spokojna
Jeszcze...
Jeszcze lata środek
Ech, wzięło by się nad Wisłę pannę
Trzciną wyrosłą smukłą
Którą byle wiatr złamie!
Wiatr historii
Przeklętej
Poszłoby się
Z kolegami na piwo
Po ukończeniu tajnego kompletu
Oni wszyscy
Głowy to wciąż szklanki puste
W nie byle łajdak treść wlać może
Przyszli bohaterowie!
Co kobiety nie zaznali jeszcze
Zamiast niej posmakować idą
Pył gorzki i stal zimną
Krew gorącą
Ginąć pójdą z pieśnią
Śpiewem w piersi, na ustach, w myśli
I poszli
Popędzili głupcy!
A miasto poszło z nimi
Miasto dotąd spętane
Wiązane dotąd pętlą jakby
Wisielczą
Niewolone nakazem
Obwieszczeniem
Łapanką, szczekaczką, biciem
Stemplem i karabinem
Kolczastym otoczone drutem
Chrystus w koronie cierniowej
Miasto umęczone
Z godności wyzute
Podbite a niezłomne
Więc niechże wreszcie
Załopocze nad nim dumnie
Nasza Biało Czerwona!
Poszli więc walczyć
Zabijać poszli
I ginąć
Zwiedzione dziewczęta, naiwni chłopcy
Piękni, młodzi, głupi jeszcze
Tak odważni szaleńczo
Niewinni!
I ulotni tak
Tak przejmująco piękni
Pod kulę, pod granat, w ogień
Na zatracenie
Zdmuchnie ich historii wiatr
Dmuchawce oni, zabawka tylko
I ofiara oni święta
Dla skrwawionego Boga
Zapłacili cenę
Za wolności wicher
Za oddech jeden swobodny
Za Wolnej Polski mgnienie
I za flagę w barykadzie zatkniętą
Dziurawą od kul
Fatamorgany, miraże, mgła i dym
A przecież trwają tam jeszcze uparcie
Gdzie malowniczo miasto oplata
Meandrując ulicami płynie
Krew, krew, krew!
Cieknie po bruku ona
Strużkami
Zewsząd się leje
Chlusta świeża posoka
Rozbryzgi na murach jej czerwone
To maki zakwitły wojny
Kreślone odłamkiem, gruzem, kulą
Rzeka ciepłej krwi
Naród krwią teraz płacze
I krwią naród płaci
A tam gdzieś w ukryciu
Śmierci na przekór
Ramiona pary są splecione
Pojemnie, nocą, cicho
W szalonym miłosnym uścisku
Raz to pierwszy, wojną wyświęcony
Raz to ostatni
Kto wie?
Może zlegli od bomby tej samej
W kawałkach zmieszani leżą
Dla Polski waszej i dla naszej
Jednej jedynej
Opitemu posoką ludzką płacą Bogu
Ofiarę mu złożono
Z Warszawy
Całopalenie!
W Imię Syna Twego Jedynego
Ocal choć prawych!
Lecz prawi pierwsi umierać będą
Stolica z oblicza już starta ziemi
Dogasa powoli dostojnie
Kona oto samotne miasto
Zdradzone, opuszczone, porzucone
W drgawkach eksplozji
W mękach
Mieszkańcy Miasta Warszawy
Obozy śmierci czekają
Idźcie w pokoju Chrystusa
Ofiara jest spełniona
Amen


Zapamiętajmy bohaterów
Cześć im i chwała!

Z miłości, z woli, z pracy ciężkiej
Z martwych, z gruzu wstało
Dumne i piękne


Monday, July 22, 2024

Nothing

Nothing

Pewnego razu nic nie robiłem
Nie zajmowałem niczym szczególnym
Niczym się dzień ten nie wyróżniał
Nic było doświadczeniem wspólnym
Bo nie doświadczał nikt niczego
Nikt nic nie wnosił do dyskusji
I nic nikomu się nie chciało
Nawet nikomu z nikim się kłócić
Nie rozstrzygnięto żadnych sporów
Nie wyjaśniono  niejasności
Nic się niczego nie trzymało
A nawet to mięso odlazło od kości
Nic było niemal namacalne
Mogłeś je dotknąć i zobaczyć
A wszystko wokół zanikało
Nic wszystko zaczynało znaczyć
To co schodziło ze sceny świata
Robiło blade się i dalekie
Jak prześwietlone klatki filmu
Jak woda doprawiona mlekiem
Ale nikt tym się ne przejmował
Nie żywił gniewu i w niejasności
Po raz ostatni na świat spoglądał
I sam rozpadał się w nicości
Chociaż przepadły zbrodnie, draństwa
Gniew, hipokryzji całe tony
Nienawiść, zemsta, starość i śmierć
T0 nie zadzwonią miłości dzwony
Nikt już nikogo nie przytuli
Antybiotyku nie wynajdzie
W śnieg stromej nie pokona góry
I bez ambicji nigdzie on zajdzie
Śmiechem wybuchnąć już nie zdoła
Z godnością dotrwać śmierci męki
Nikomu zachwyt, piękno i chwała
Jak uścisk choć raz boskiej ręki
Wszystko zapadło się, rozpadło
I rozproszyło się i zniknęło
A to mnie w końcu obudziło
Wypełniać nic się znów zaczęło
Patrzę! Istnieje chociaż sufit
Poduszka mokra, serce sarenki
Potem zacząłem zaś rozmyślać
Popłynął w uchu dźwięk piosenki
Że nic niczego jest nie warte
Zaś wszystko warte jest wszystkiego
A niebo daje raz dziką kartę
Jednemu asa drugiemu damę
Rzadką, jedyną i bezcenną
Licytuj, rzucaj na stół i graj!
Bo wszystko znów pochłonie ciemność

Friday, July 19, 2024

Zmysły

Zmysły


Widziałem

Okradali biednego

Słyszałem

Lepkie kłamstwa do niego

Poczułem

Zapach słodki złodziei

Dotknąłem

Torów życia kolei

Smakowałem

Gorzkich resztek nadziei

Ref: Moje zmysły mnie bolą

       Weź dorośnij pierdolą

       Ja chcę czuć i smakować!

       Mocno życia próbować


Widziałem

Kopali leżącego

Słyszałem

Krzyki, błagania jego

Poczułem

Z metalu zapach krwi

Dotknąłem

Klamki, by zamknąć drzwi

Smakowałem

Strachu co we mnie śpi

Ref: Moje zmysły mnie bolą

       Weź dorośnij pierdolą

       Ja chcę czuć i smakować!

       Mocno życia próbować


Widziałem

Tych co trzymają władzę

Słyszałem 

Że już nic nie poradzę

Poczułem

Zapach mej bezsilności

Dotknąłem

Beznadziei miałkości 

Smakowałem

Ścieku co z codzienności

Ref: Moje zmysły mnie bolą

       Weź dorośnij pierdolą

       Ja chcę czuć i smakować!

       Mocno życia próbować


Widziałem

Wojnę w telewizorze

Słyszałem

Że, mnie też pożreć może

Poczułem

Swąd z palonej Warszawy

Dotknąłem

Jasnym ogniem zabawy

Smakowałem

Ostrej gniewu przyprawy

Ref: Moje zmysły mnie bolą

       Weź dorośnij pierdolą

       Ja chcę czuć i smakować!

       Mocno życia próbować

Widziałem

Zachód oraz wschód słońca

Słyszałem

Słowa prawdy do końca

Poczułem

Zapach świeżego chleba

Dotknąłem

Ciebie, kawałka nieba

Smakowałem

Właśnie tego co trzeba

Ref: Zmysły już mnie nie bolą

        A niech sobie pierdolą

        Bo ja czuję, smakuję

        Mocno życia próbuję


Stanisław Miłkowski

Warszawa 15.07.2024

Friday, July 12, 2024

Zielony

Zielony

Uważajcie!
W lesie można się zgubić...
Zielony zawrót głowy
Fatalne zauroczenie
Kolorami, zapachami, życiem
Można się zgubić
Można też c0ś zgubić
Można stracić
Ja swoje stare
Nadgryzione betonowym zębem
Miasta
Duszne od spalin
Głośne pustymi słowami
Od tłoku ciasne
A tu!
Szum delikatny
Gałęzi starych
Spokój
Czas cieknie powoli
Deszczówka po liściach
Skrapla się dostojnie
Rosą na trawie
Drzewa mądrzejsze są od ludzi
Jednak to one idą pod topór!
Drzewa piękniejsze są od ludzi
Ale to je pożera chciwy ogień!
Las schronieniem żywych
Miasto trupów żywych siedliskiem
Siadam...
Na pniu
Słucham, patrzę, wdycham, chłonę...
Wtapiam się
Stapiam się
Nie chodźcie do lasu!
Wrócicie stamtąd inni
Las wróci w was
Stanisław Miłkowski
Warszawa 12.07.2024

Szary

Szary

Wylali wszędzie beton 

Betonu tony 

Megatony 

Ja tonę... 

W upale, w udręce, w pustce 

Pustki pełne tony, pełnej pustki tony 

Uderzenie pustki 

Kołatanie w dzwony 

I kolor niebu zbrukali 

Błękit zabrali 

Jeans sprany 

W chemii prany 

Smogiem łatany 

Ukradli ludziom gwiazdy 

Sztucznym światłem upili 

Elektrycznym ogniem zmazali 

Ogień wieczysty 

Który sam czas zapalił 

Oni zniszczyli nam horyzont 

Połamali, poszarpali, zaśmiecili 

Odebrali nam horyzonty 

Pola szerokie 

Góry wysokie 

Morza szumiące 

I szumią w naszych głowach 

Przez słuchawki, przez ekrany, przez sieć 

Szmer myśli cudzych, natrętnych w głowie 

Liści szelest zagłuszył 

Wyprosił, zdeptał

Bo... 

Formy proste wdrożyli 

Koła, kwadraty, trójkąty 

I stożki i słupy 

Dawna boska geometria 

Chmury kształt 

Muchy skrzydła 

Sierść trawy 

Spłycona w banał 

Lekkostrawna 

A nakarmili nas paszą 

Zbudowali stodoły 

I chlewiki 

Gdzie koryto zawsze pełne 

Od strawy tłustej 

Lepkie cukrem 

Syntetyczne 

Wyhodowali 

Syntetyczne dusze 

Plastikowe 

Sztuczne 

Tanie w produkcji 

Zrobili produkt 

Łatwy w obróbce 

Prosty w transporcie 

Bezwartościowy 

Potem drogo go sprzedali 

Z uśmiechem kupiliśmy 

Jesteśmy winni! 

Wszyscy!  


Stanisław Miłkowski 

Warszawa 13.07.2024

Friday, July 5, 2024

Szlachetna Sztuka Rymowania

 Szlachetna Sztuka Rymowania

Rymy przychodzą i odchodzą
Raz w moje serce godzą prosto
A kiedy indziej są jak kładeczka
Do świata baśni spleciony mostek
Bywa, że szarpią, spocząć nie dają
Lecz wypadają z mojej głowy
Klawisze czasem nie nadążają
Aby zapisać choćby połowę
Muza przychodzi i odchodzi
Raz czułe składa pocałunki
Zsyła marzenia i natchnienia
Co dzień przynosi podarunki
Lecz czasem owa latawica
Zdradziecko indziej gdzieś poleci
Ja wtedy pusty i opuszczony
Pióro zaś kreśli śmieci i śmieci
Cóż począć, takie poety życie
Że z samym sobą ciągle się szarpie
Rymy przychodzą i odlatują
Niechaj przestworza je obejmują!

Wednesday, July 3, 2024

Wróć!

Wróć!
Kap, kap kap Kapie woda W zlewie Naczynia brudne Mieszkam w chlewie Paskudne Tłuste myśli Nieczyste Tłuste włosy Tłusta cera Patelnia tłusta Lodówka pusta Nadzieja pusta Pełna ech głowa Pusto na koncie I pusto w kącie Pajęczyna Co się stało Że tak mało Się ostało? Pająk plecie pajęczynę I ja plotę odrobinę Trochę płynę Przez dni znojne Noce zimne Bądź znów przy mnie! Stanisław Miłkowski Warszawa 04.07.2024

Po Nocy

Po Nocy Me posklejane oczy Nie dają się odmoczyć W umywalce Na kubku zaciśnięte Gorącej pełnym kawy Mam palce I szum cichutki w głowie Co dzisiaj dzień mi powie Do ucha Powieki opuchnięte Ciało jak z krzyża zdjęte Pogięte A twarz zielono szara Z lusterka zerka stara Ropucha I znowu rozmyślanie Samego się ruganie Debilu! Znów nocka nie przespana Myśl bruzdą przeorana Zaspana Czemu te same błędy? Te same koleiny... Jak szyny Nie mogę się wyzwolić Zapadam się powoli I znikam Dobra, opuszczam lustro Na biurku w pracy usnę Dni puste Może kolejnej nocy Choć wreszcie zmrużę oczy? Pod kocyk! Stanisław Miłkowski Warszawa 03.07.2024

Copy ENABLE FOR MOBILE TEMPLATE